„Sadownicy notorycznie kłamią”. Te słowa wywołały burzę. O co naprawdę chodzi z jabłkami?

by kobieta

Czy sadownicy mówią prawdę o zbiorach? Mocna dyskusja o dezinformacji, stratach i cenach jabłek

„Sadownicy kłamią” – te słowa wystarczyły, by w branży zawrzało. Czy informacje o wielkości tegorocznych zbiorów są elementem walki o lepszą cenę, czy rzeczywistym opisem sytuacji w sadach? Pod jednym z materiałów Jacka Maliszewskiego rozgorzała dyskusja, która dotyka jednego z najbardziej drażliwych problemów polskiego sadownictwa: informacji o podaży, stratach po przymrozkach i rzeczywistej ilości jabłek, która trafi w tym sezonie na rynek.

Maliszewski w swoim materiale przywołał prywatną rozmowę z osobą związaną z przechowalnictwem i sadownictwem. Usłyszał w niej bardzo mocną opinię: „sadownicy kłamią, sadownicy notorycznie kłamią”, jeśli chodzi o wielkość zbiorów.

To oczywiście nie jest stwierdzenie, że każdy sadownik świadomie podaje nieprawdę. Chodzi o zjawisko, w którym informacje o stratach, zbiorach i dostępności towaru mogą być wykorzystywane jako element gry rynkowej.

Punktem wyjścia jest prognoza WAPA, według której tegoroczne zbiory jabłek w Polsce miały wynieść około 2,6 mln ton. Problem polega jednak na tym, że prognoza powstaje przed zakończeniem zbiorów, a później jest jeszcze korygowana.

I właśnie tutaj zaczyna się najważniejsze pytanie: czy 2,6 mln ton rzeczywiście będzie końcową liczbą, czy kolejne korekty podniosą szacunki?

„Zmarzło 90 procent”, a później okazuje się, że jabłka są

Wiosną po przymrozkach pojawiały się dramatyczne komunikaty o stratach. W przestrzeni publicznej padały liczby sięgające 70, 80, a nawet 90 procent.

Dzisiaj, gdy sezon zbiorów pokazuje rzeczywistą sytuację w poszczególnych gospodarstwach, obraz nie jest już tak jednoznaczny.

I właśnie tę sprzeczność Maliszewski wskazuje jako jeden z największych problemów branży.

Bo jeśli odbiorca z zagranicy słyszy, że w Polsce nie będzie jabłek, może zacząć szukać ich gdzie indziej. Jeśli natomiast rynek słyszy, że jabłek będzie ogromna ilość i grozi nam nadprodukcja, presja cenowa może działać w przeciwnym kierunku.

W obu przypadkach informacja staje się elementem gry.

Szymon Kamiński: każda narracja może obrócić się przeciwko sadownikowi

Bardzo celnie ujął to w komentarzu Szymon Kamiński.

Zwrócił uwagę, że zarówno komunikat „zmarzło, nie ma towaru”, jak i komunikat „jest dużo towaru, będzie nadprodukcja” może przynieść podobny efekt.

W pierwszym przypadku odbiorca sięga po owoce z zagranicy, bo zakłada, że w Polsce ich zabraknie. W drugim – polski towar może być wyceniany niżej, ponieważ rynek spodziewa się nadpodaży.

To wyjątkowo gorzka konkluzja.

Niezależnie od tego, którą narrację wybiera branża, ktoś może na niej skorzystać, a ktoś inny stracić.

Maciej Cybulak: „Co wy się wszyscy ekscytujecie?”

Jeszcze dalej poszedł Maciej Cybulak, który w komentarzu przypomniał, że sama liczba jabłek nie może być analizowana w oderwaniu od struktury rynku.

Według niego krajowy rynek i eksport potrzebują około 1,5 mln ton jabłek, a nadwyżki od wielu lat trafiają przede wszystkim do przemysłu.

Cybulak zwrócił też uwagę na sytuację po wiosennych przymrozkach. Jego zdaniem trudno się dziwić, że bezpośrednio po przymrozkach sadownicy szacowali straty jako bardzo duże. Jeżeli w sadzie nie można było znaleźć nawet zielonego kwiatu, trudno było w tamtym momencie zakładać, że zawiązanie będzie wystarczające.

Jednocześnie wskazał na problem odmian takich jak Golden czy Gala, w których część zawiązków przetrwała, ale pytanie brzmi, jakiej jakości będą owoce i czy nadadzą się do długiego przechowywania oraz transportu.

I to jest kluczowa uwaga.

Bo 2,6 mln ton na papierze nie oznacza automatycznie 2,6 mln ton jabłek wysokiej jakości, które można przez wiele miesięcy przechowywać i eksportować.

Jacek Pruszkowski: czas skończyć z „krętactwem”?

W dyskusji pojawił się również Jacek Pruszkowski, który zaapelował, aby młodsze pokolenie sadowników zaczęło bardziej rzetelnie podchodzić do informacji o stratach.

Jego zdaniem problem ciągnie się od lat, a młodzi powinni znacznie mocniej angażować się w działalność branżową.

Na ten komentarz odpowiedział Maciej Cybulak. I zrobiło się jeszcze ciekawiej.

Cybulak przypomniał, że młodzi sadownicy w ostatnich latach często składali protokoły strat, a później – jak ironicznie zauważył – szukali komór do wynajęcia i śmiali się z tych, którzy protokołów nie składali.

To pokazuje jeszcze jedną rzecz: w branży nie ma jednej wspólnej narracji.

Są producenci, którzy rzeczywiście ponieśli ogromne straty. Są gospodarstwa, w których plonu jest znacznie mniej. Są jednak również takie miejsca, gdzie jabłek zostało zaskakująco dużo.

Paweł Sikorski zwrócił uwagę na bardzo konkretny przykład: w jednej miejscowości, w niewielkim obrębie, w kwaterach niezraszanych potrafi być w tym roku więcej jabłek niż w sadach wyposażonych w zraszacze.

To pokazuje, jak bardzo lokalna potrafi być sytuacja po przymrozkach.

„Gdzie są te jabłka?” – odpowiedź nie jest taka prosta

W komentarzach pojawił się również głos, który sprowadza całą dyskusję do liczb.

Jeżeli normalnie produkujemy około 5 mln ton, a w tym roku rzeczywiście będzie 2,6–3 mln ton, to przecież nadal jest to ogromna ilość jabłek.

Ale z drugiej strony – jak zauważył jeden z komentujących – gdzieś te brakujące 2 mln ton rzeczywiście przemarznąły.

I właśnie tutaj spotykają się dwie prawdy.

Tak, branża może mieć wystarczającą ilość jabłek, aby zaopatrzyć rynek krajowy i część eksportu.

Ale jednocześnie nie oznacza to, że sadownicy, którzy stracili znaczną część plonu, nie mają prawa mówić o swoich stratach.

Problem zaczyna się wtedy, gdy jednostkową sytuację przedstawia się jako obraz całej Polski.

Czy problemem jest dezinformacja, czy system?

Nie wszyscy komentujący zgodzili się z tezą, że głównym problemem jest dezinformacja.

Filip postawił pytanie jeszcze ostrzej: dlaczego w takim razie podobne komunikaty pojawiają się również ze strony organizacji branżowych?

Jego zdaniem informowanie o ogromnych stratach może być dla polskiego rynku niebezpieczne. Rynek jest globalny. Jeżeli zagraniczny odbiorca usłyszy, że w Polsce nie ma towaru, może zacząć szukać go gdzie indziej.

A odzyskanie klienta, który znajdzie sobie innego dostawcę, może być znacznie trudniejsze niż jego utrata.

Maciej Cybulak odpowiedział, że handlowcy i tak doskonale wiedzą, ile towaru jest dostępne. Nie potrzebują do tego Facebooka, zdjęć z grup, komentarzy ani filmów publikowanych w internecie.

To bardzo ważny punkt całej dyskusji.

Czy rzeczywiście można dziś „ukryć” wielkość zbiorów przed profesjonalnym rynkiem?

Kamil uderza w inną stronę

Kamil nie zgodził się z diagnozą, że głównym problemem jest dezinformacja.

Według niego problemem są przede wszystkim sami sprzedawcy, ich sposób działania i brak prostych zasad handlowych.

W swoim komentarzu sprowadził handel do trzech punktów:

kup – zapłać;
sprzedaj – zarób albo strać;
i wróć do punktu pierwszego.

Jego zdaniem w polskim handlu owocami powstał system pełen terminów płatności, reklamacji, dodatkowych ustaleń i komplikacji, a duża część osób zajmujących się obrotem polskimi owocami nie powinna odgrywać w nim kluczowej roli.

To już nie jest dyskusja wyłącznie o informacji.

To jest pytanie o model funkcjonowania całego rynku.

Cena, sąsiad i spirala wzajemnego zaniżania

Damian Ma zwrócił natomiast uwagę na kolejny problem – presję cenową.

Jego zdaniem w tym sezonie branżę może uratować przede wszystkim spokój. Nie można dać się wciągnąć w spiralę cenowych wojen, w której jeden sprzedaje 10 groszy taniej od sąsiada, a kolejny obniża cenę jeszcze bardziej.

W efekcie producent sam przykłada rękę do obniżania wartości własnego towaru.

To zdanie powinno szczególnie mocno wybrzmieć.

Bo być może największym problemem polskiego sadownictwa nie jest to, ile jabłek naprawdę mamy, ale to, jak sami uczestnicy rynku informują o tym, ile ich mamy – i jak później reagują na te informacje.

A może na koniec sezonu powinniśmy po prostu policzyć?

W dyskusji padło również bardzo proste, ale niezwykle trafne pytanie Grzegorza:

Czy odbiorcy podadzą na koniec sezonu, ile naprawdę kupili jabłek przemysłowych?

Gdyby zestawić dane od producentów, skupów, przetwórców, eksporterów i sieci handlowych, można byłoby znacznie lepiej odpowiedzieć na pytanie, ile owoców rzeczywiście zostało wyprodukowanych i zagospodarowanych.

Dzisiaj każdy ma swoją narrację.

Sadownik mówi o stratach.

Handlowiec mówi o dostępności.

Przetwórca mówi o cenie przemysłu.

Eksporter patrzy na konkurencję z innych krajów.

A konsument widzi przede wszystkim cenę na sklepowej półce.

Najbardziej niewygodne pytanie

Cała dyskusja sprowadza się więc do jednego pytania:

czy polskie sadownictwo potrafi mówić jednym, wiarygodnym głosem o tym, ile naprawdę ma jabłek?

Jeżeli odpowiedź brzmi „nie”, konsekwencje ponosi cała branża.

Bo jeśli wiosną mówimy o katastrofalnych stratach, a jesienią rynek pokazuje, że towaru jest więcej, niż się spodziewano, zagraniczny odbiorca zaczyna kalkulować ryzyko.

Jeżeli natomiast producenci zaniżają informacje o stratach, aby nie doprowadzić do importu, a później okazuje się, że towaru faktycznie brakuje – również tracimy wiarygodność.

Informacja jest dziś towarem. I podobnie jak jabłko może mieć swoją cenę.

Dlatego słowa Jacka Maliszewskiego wywołały taką reakcję. Nie dlatego, że można jednym zdaniem stwierdzić, iż „sadownicy kłamią”. To byłoby zbyt proste.

Znacznie ważniejsze jest pytanie, dlaczego branża w ogóle znalazła się w sytuacji, w której producent, handlowiec, organizacja branżowa i odbiorca mogą mieć zupełnie różne wersje tej samej rzeczywistości.

Tegoroczne 2,6 mln ton nie jest jeszcze końcowym rozliczeniem sezonu.

Ale być może powinno być początkiem znacznie ważniejszej dyskusji:

ile naprawdę mieliśmy jabłek, ile ich straciliśmy, ile sprzedaliśmy, ile wyeksportowaliśmy, ile trafiło do przemysłu – i przede wszystkim, kto i dlaczego miał interes w tym, żeby rynek widział te liczby inaczej.

Bo dopóki branża nie będzie potrafiła odpowiedzieć na te pytania wspólnie, każda informacja o zbiorach będzie mogła zostać uznana za element gry. A na takiej grze ostatecznie ktoś zawsze zarabia – i ktoś zawsze płaci.

Zostaw komentarz

Może Cię również zainteresować

Kobieta w sadzie
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.