Polski rynek jabłka przemysłowego ma swój własny cyrk

by kobieta

Ktoś mógłby pomyśleć, że w polskim sadownictwie sezon na jabłka przemysłowe rozpoczyna się nie wtedy, kiedy sadownik wjeżdża do sadu, ale wtedy, kiedy przetwórnie uruchamiają coroczny spektakl pod tytułem: „Proszę się nie martwić, będzie taniej”.

Scenariusz jest zaskakująco dobrze znany. Najpierw pojawiają się informacje o awariach. Potem o przestojach. Następnie o kolejkach. Do skupujących trafiają wiadomości, telefony, SMS-y. Atmosfera robi się nerwowa. Jedni zaczynają się zastanawiać, czy w ogóle będzie gdzie sprzedać jabłka. Inni słyszą, że „coś się dzieje”, choć do końca nie wiadomo co. A później przychodzi finał, który chyba nikogo już specjalnie nie zaskakuje.

Cena spada.

I można powiedzieć: przedstawienie zakończone. Do zobaczenia za rok.

Piątek rano: jeszcze 63 grosze

W piątek, 25 września rano, rozmawialiśmy z różnymi skupującymi. W wielu miejscach w powiecie grójeckim cena za jabłko przemysłowe oscylowała wokół 63 groszy za kilogram.

I właśnie wtedy zaczęły pojawiać się pierwsze sygnały, że coś może się zmienić.

Docierały informacje o SMS-ach, które pojawiły się w nocy, o planowanych przestojach, awariach i problemach z odbiorem surowca. Pojawiały się również informacje o kolejkach.

Czy były to rzeczywiste problemy techniczne? Zapewne w części przypadków tak. Przetwórnie są przecież zakładami przemysłowymi, maszyny się psują, linie produkcyjne wymagają konserwacji, a logistyka nie zawsze działa idealnie.

Problem zaczyna się jednak wtedy, kiedy podobny scenariusz powtarza się niemal co roku, dokładnie w tym samym okresie i dokładnie wtedy, kiedy dla sadownika zaczyna się najważniejsza część sezonu.

Wtedy trudno nie zadać pytania: czy naprawdę oglądamy przypadek, czy może po prostu kolejny odcinek dobrze znanego serialu?

„W poniedziałek będzie obniżka”

Co ciekawe, część skupujących już w piątek rano przewidywała, że ruch przetwórni będzie widoczny dopiero w poniedziałek. Byli jednak i tacy — choć stanowili niewielki odsetek — którzy twierdzili, że obniżka może pojawić się jeszcze tego samego dnia. I długo nie trzeba było czekać.

W piątek po południu zaczęły docierać sygnały, że w miejscach, gdzie rano płacono około 63 groszy, cena spadła do 60 groszy za kilogram. W sobotę rano kolejni skupujący informowali już o cenie 60 groszy.

Trzy grosze. Niby niewiele.

Ale przy tonach jabłek i całych samochodach surowca te „tylko trzy grosze” przestają być drobiazgiem. Dla sadownika to konkretna kwota, która znika z przychodu, zanim ktokolwiek zdąży powiedzieć, że przecież „to tylko korekta ceny”.

Cyrk przyjeżdża co roku

Gdyby potraktować to wszystko z odpowiednim dystansem, można by powiedzieć, że polski rynek jabłka przemysłowego ma swój własny cyrk.

Co roku namiot zostaje rozstawiony mniej więcej w tym samym czasie.

Na arenę wychodzą ci sami bohaterowie.

Najpierw pojawia się Pan Awaria.

Za nim wkracza Pani Przerwa Technologiczna.

Potem na arenę wjeżdża Kolejka, najlepiej taka, której długości nikt dokładnie nie potrafi zmierzyć, ale wszyscy wiedzą, że jest.

W tle rozlegają się telefony i SMS-y.

Publiczność — czyli sadownicy i skupujący — zaczyna nerwowo spoglądać na siebie.

A kiedy napięcie sięga odpowiedniego poziomu, na scenę wychodzi główny klaun tego przedstawienia.

Cena.

I robi krok w dół.

Oklasków oczywiście nie ma.

Ale przedstawienie można uznać za udane.

Najbardziej zdumiewające jest to, że widownia zna już zakończenie.

Tylko że tym razem coś się nie zgadza

Jest jednak jeden element tej historii, który szczególnie mocno rzuca się w oczy.

Jeżeli jabłek jest dużo, a przetwórnie mają problem z ich przyjęciem, to dlaczego jednocześnie pojawia się potrzeba sprowadzania surowca z zagranicy?

To pytanie jest tym bardziej interesujące, że mówimy o Ukrainie — kraju będącym jednym z istotnych obszarów produkcji sadowniczej w regionie.

Jeżeli przetwórstwo rzeczywiście potrzebuje surowca z zagranicy, a jednocześnie na krajowym rynku cena jabłka przemysłowego jest obniżana, to przeciętnemu uczestnikowi rynku trudno dostrzec w tym prostą zależność podaży i popytu.

Bo według podręcznikowej logiki powinno być przecież odwrotnie.

Jeżeli surowca potrzeba dużo, jego dostępność jest ograniczona, a przetwórnie muszą szukać go również poza granicami, to trudno oczekiwać, że naturalnym skutkiem będzie systematyczne obniżanie ceny krajowego surowca.

A jednak właśnie to obserwujemy.

I dlatego coraz częściej pojawia się pytanie, czy w przypadku jabłka przemysłowego możemy mówić o normalnie działającym rynku, czy raczej o rynku, na którym siła negocjacyjna jednej strony jest zdecydowanie większa od drugiej.

Zostaw komentarz

Może Cię również zainteresować

Kobieta w sadzie
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.