Import owoców z krajów spoza Unii Europejskiej ponownie rozpala emocje wśród polskich sadowników. Jacek Pruszkowski nie ukrywa swojej frustracji. Jak podkreśla, sytuacja na rynku śliwek zaczyna przypominać to, co wcześniej wydarzyło się w przypadku czereśni, moreli czy brzoskwiń. Jego zdaniem napływ tanich owoców spoza UE zagraża opłacalności krajowej produkcji.
– Jestem wściekły. Przyglądam się rozwojowi śliwek i już widzę, że powtarza się podobna sytuacja, jak wcześniej z czereśniami. Na rynkach i w marketach jest mnóstwo owoców spoza Unii Europejskiej oferowanych w zaskakująco niskich cenach – mówi Jacek Pruszkowski.
Sadownik podkreśla, że polscy producenci nie oczekują wygórowanych cen za swoje owoce.
– Nie chcemy sprzedawać śliwek po 10 czy 15 zł za kilogram. Chcemy po prostu móc normalnie funkcjonować i utrzymać gospodarstwa. Tymczasem jeszcze zanim rozpoczniemy zbiory, na rynku pojawia się bardzo tania śliwka z Macedonii – zauważa.
„To nie są równe warunki”
Jak zaznacza Pruszkowski, nie ma zastrzeżeń do swobodnego przepływu towarów wewnątrz Unii Europejskiej.
– Nie można mieć pretensji, że owoce przyjeżdżają z Węgier, Rumunii czy Bułgarii. Tak działa wspólny rynek. Problem zaczyna się wtedy, gdy masowo trafiają do nas owoce z krajów spoza UE, gdzie producenci funkcjonują w zupełnie innych realiach – podkreśla.
Jego zdaniem różnice dotyczą przede wszystkim kosztów produkcji oraz obowiązujących przepisów.
– Tam jest tańsza siła robocza, tańsze paliwo i często zupełnie inne wymagania dotyczące środków ochrony roślin. My mamy coraz większe ograniczenia i wymagania jakościowe, szczególnie jeśli chodzi o produkcję na wymagające rynki europejskie. Często nie możemy skutecznie reagować na zagrożenia w sadzie, bo obowiązują nas restrykcyjne limity. Tymczasem importowane owoce powstają według innych zasad – mówi sadownik.
„Co z młodymi ludźmi?”
Pruszkowski zwraca uwagę, że obecna sytuacja zniechęca kolejne pokolenia do pozostania w rolnictwie.
– Ja jakoś dotrwam do emerytury, ale co z młodymi? Potem wszyscy dziwią się, że nie chcą przejmować gospodarstw. Po co mają to robić, skoro nie widzą żadnych perspektyw? – pyta.
Jako przykład podaje historię znajomego producenta jeżyn, który przez lata współpracował z jednym odbiorcą.
– W tym roku usłyszał, że jego owoce nie są już potrzebne, bo firma sprowadziła towar z zagranicy. Trudno się dziwić, że coraz więcej producentów zastanawia się nad rezygnacją z upraw wymagających dużych nakładów pracy – mówi.
„Nie chcemy dopłat. Chcemy sprzedać własne owoce”
Zdaniem sadownika rozwiązaniem problemu nie są kolejne programy pomocowe.
– Politycy ciągle mówią o dopłatach i rekompensatach. My nie potrzebujemy pieniędzy rozdawanych po kryzysie. Potrzebujemy takich warunków, żeby móc sprzedać to, co sami wyprodukowaliśmy – podkreśla.
Dodaje, że system wsparcia często buduje negatywny obraz rolników w społeczeństwie.
– Mieszkańcy miast słyszą tylko, że rolnicy dostają kolejne pieniądze. Tymczasem my chcemy przede wszystkim uczciwie pracować i zarabiać na własnej produkcji – zaznacza.
Apel do rządzących
Na zakończenie Jacek Pruszkowski apeluje o większy nadzór nad importem owoców spoza Unii Europejskiej.
– Niech państwo skuteczniej kontroluje import spoza UE i zadba o uczciwe zasady konkurencji. Nie oczekujemy specjalnego traktowania. Chcemy jedynie równych warunków gry. Jeśli tego zabraknie, wielu producentów owoców może nie przetrwać kolejnych sezonów – podsumowuje.
