Tegoroczna pogoda na razie nie przekreśla zbiorów, choć deszcz co jakiś czas przypomina sadownikom, że wciąż nie wszystko zależy od człowieka. Jak mówi Jacek Pruszkowski, sadownik z powiatu grójeckiego, znany z bezpośrednich i często dosadnych komentarzy, właśnie takie chwile skłaniają go do szerszych refleksji nad sytuacją polskiego sadownictwa.
Tym razem zwraca uwagę przede wszystkim na ceny, sytuację na rynku oraz problem, o którym w branży mówi się zdecydowanie za mało – brak silnej reprezentacji i autorytetów, wokół których sadownicy mogliby się zjednoczyć.
– To, co w tej chwili dzieje się z cenami, to, co się dzieje ze zbytem, jest też pochodną naszego niezorganizowania – uważa Pruszkowski.
Kiedy sadownicy mieli swoich liderów
Jak przypomina, jeszcze kilkanaście czy kilkadziesiąt lat temu sytuacja wyglądała inaczej. Sadownicy potrafili gromadzić się wokół konkretnych osób – zarówno naukowców, jak i praktyków.
Jedną z takich postaci był profesor Makosz. Byli również inni sadownicy, którzy mieli wiedzę, doświadczenie i przede wszystkim posłuch w środowisku.
– Był profesor Makosz, było wielu sadowników, którzy mogli wypowiedzieć się mądrze w określonych sprawach i dużo ludzi chciało ich słuchać. Ten autorytet czasem mocno pomagał – mówi.
Zdaniem Pruszkowskiego problem nie polega wyłącznie na tym, że dziś brakuje konkretnych nazwisk. Wraz z odejściem dawnych autorytetów osłabła również zdolność całej branży do wspólnego działania.
A to, jego zdaniem, ma dziś bardzo konkretne konsekwencje.
„Mieliśmy silny lobbing. Wszyscy nam go zazdrościli”
Sadownictwo miało również swoją reprezentację i środowisko, które potrafiło mocniej upominać się o interesy producentów.
– Mieliśmy swoją reprezentację, taką silną, silny lobbing. Wszyscy z branży rolniczej nam tego zazdrościli. To zniknęło – ocenia.
Pruszkowski nie chce w tym momencie rozstrzygać, dlaczego do tego doszło. Jak zaznacza, ma na ten temat własne zdanie, ale nie zamierza teraz rozwijać tego wątku.
Nie ucieka natomiast od oceny obecnej sytuacji.
Jego zdaniem osłabienie pozycji producentów zbiegło się z rosnącą przewagą dwóch stron rynku – zakładów przetwórczych i sieci handlowych.
– Doszła nam dominacja całkowita już zakładów przetwórczych i całkowita dominacja sieci handlowych. I w zasadzie, jeżeli chodzi o ceny, wyłączając tę znikomą ilość, którą sprzedaje się na rynkach hurtowych, to w zasadzie nie mamy nic do powiedzenia – mówi.
To właśnie w tym miejscu, jego zdaniem, powinno pojawić się pytanie o to, czy sadownicy nie powinni spojrzeć również na własne środowisko.
„Najpierw my powinniśmy się umieć zorganizować sami”
W dyskusjach dotyczących problemów sadownictwa bardzo często pojawia się hasło organizowania się producentów. Grupy producenckie, wspólna sprzedaż, współpraca, większa siła negocjacyjna – pomysłów nie brakuje.
Pruszkowski uważa jednak, że zanim zacznie się budować kolejne struktury, trzeba odpowiedzieć sobie na bardziej podstawowe pytanie: czy sami sadownicy potrafią jeszcze działać razem?
– Nie mówię tutaj, bo wszyscy: organizujmy się, powinny być grupy, powinno być to, powinno być tamto. Najpierw my powinniśmy się umieć zorganizować sami – podkreśla.
Przypomina, że kiedyś taka zdolność istniała. Sadownicy potrafili jednoczyć się wokół związku sadowników czy konkretnych osób cieszących się autorytetem.
Dzisiaj tej wspólnoty interesów wyraźnie brakuje.
Czy młodzi sadownicy stworzą nową reprezentację?
Pruszkowski uważa, że odbudowa silnej reprezentacji powinna być jednym z pierwszych kroków do poprawy sytuacji branży. Jednocześnie przyznaje, że trudno mu wskazać gotową receptę na to, jak miałoby się to odbyć.
I tutaj widzi przede wszystkim rolę młodego pokolenia.
– To wiele lat temu, kiedy my organizowaliśmy to, co tak fajnie funkcjonowało przez ileś lat, to my byliśmy młodzi. A teraz trudno w tych warunkach dać nam receptę, jak to zrobić – zauważa.
Jego zdaniem to właśnie młodzi, którzy zdecydowali się pozostać na wsi i prowadzić gospodarstwa, powinni wziąć na siebie próbę stworzenia alternatywy dla obecnych struktur.
Problem w tym, że na razie nie widać takiej inicjatywy.
– Nie widać na razie wśród młodych, zresztą nielicznych, którzy zdecydowali się zostać na wsi, jakiejkolwiek takiej poważnej chęci, żeby cokolwiek zacząć i stworzyć jakby alternatywę dla tej naszej reprezentacji, już skostniałej, zabetonowanej i takiej, której efekty działania może są, ale dla przeciętnego sadownika są mało widoczne – mówi Pruszkowski.
„Ruch nie należy do mnie”
Nie jest to jednak apel o powrót do przeszłości ani deklaracja, że to starsze pokolenie powinno ponownie przejąć inicjatywę.
Wręcz przeciwnie.
Pruszkowski uważa, że obecny moment wymaga pojawienia się nowych ludzi i nowych pomysłów. Sam może podzielić się doświadczeniem, powiedzieć, jak wyglądało to kiedyś, albo doradzić tym, którzy zdecydują się działać.
Ale inicjatywa musi wyjść od samych sadowników.
– To ruch nie należy do mnie, nie należy do nikogo. Ja mogę co najwyżej wypowiedzieć się na ten temat albo ewentualnie komuś coś doradzić – podsumowuje.
Pytanie pozostaje więc otwarte: czy polskie sadownictwo jest jeszcze w stanie stworzyć silną reprezentację, która będzie miała realny wpływ na rynek i decyzje dotyczące branży?
Zdaniem Jacka Pruszkowskiego bez odbudowania wzajemnego zaufania, autorytetów i zdolności do wspólnego działania trudno będzie odwrócić niekorzystny układ sił, z którym sadownicy mierzą się dzisiaj.



