Porzeczkowe imperium na zgliszczach. O tym, jak ministerstwo przegrało z rzeczywistością
Są momenty, kiedy nie trzeba pisać felietonu. Wystarczy przeczytać komentarze.
Ministerstwo Rolnictwa opublikowało 1 lipca pełen dumy wpis o tym, że Polska jest „porzeczkowym imperium”, liderem produkcji w Europie i światową potęgą. Piękna grafika, gratulacje dla producentów, zachęta do jedzenia polskich owoców. Problem polega na tym, że kilka dni wcześniej tysiące plantatorów patrzyło, jak ich porzeczki dosłownie gotują się na krzakach po wiosennych przymrozkach i późniejszej fali upałów.
Trudno było wybrać gorszy moment.
I właśnie dlatego pod postem ministerstwa wydarzyło się coś znacznie ciekawszego niż sam wpis. Rolnicy napisali ministerstwu raport z rzeczywistości.
Nie raport przygotowany przez urzędników.
Nie tabelę w Excelu.
Nie prezentację.
Raport pisany z pola.
Jeden z plantatorów ironicznie proponuje, że jeśli ministerstwo potrzebuje „imperium”, to może udostępnić swoje hektary… już upieczonych porzeczek, idealnych na grilla. Ktoś inny zauważa, że owszem – jesteśmy imperium, tyle że właśnie spaliło się ono na kilka dni przed zbiorem.
W tych kilku zdaniach jest więcej prawdy niż w całej ministerialnej grafice.
Najmocniejsze jest jednak to, że rolnicy nie piszą wyłącznie o pogodzie. Piszą o samotności.
O tym, że stracili 80–90 procent plonu.
Że owoce sprzedawane są poniżej kosztów produkcji.
Że zakłady dyktują ceny.
Że kolejny raz nie ma systemowych mechanizmów ochrony producenta.
Jeden z komentujących pyta wprost: gdzie są obiecywane od lat ceny minimalne?
Inny stwierdza gorzko, że jeśli to ma być sukces, to ktoś kompletnie odkleił się od rzeczywistości.
Padają słowa o propagandzie sukcesu, o braku empatii, o tym, że zamiast świętować „porzeczkowe imperium”, należałoby raczej ogłosić żałobę porzeczkową.
To nie jest internetowy hejt.
To jest frustracja ludzi, którzy jeszcze tydzień wcześniej liczyli plon.
W dyskusji pojawia się również merytoryczny głos wskazujący, że problem nie sprowadza się wyłącznie do pogody. Nadmierne nawożenie azotem, osłabienie tkanek roślin, większa podatność na stres cieplny – to ważna dyskusja agronomiczna. Ale nawet ten komentarz kończy się pytaniem o konkret: co dalej i jak ministerstwo zamierza pomóc producentom?
Na to pytanie ministerialny wpis nie odpowiada.
Jeszcze bardziej wymowny jest komentarz przedstawiciela organizacji rolniczej. Pisze, że informacje z terenu mogły dotrzeć do ministerstwa z opóźnieniem, ale trudno zrozumieć publikowanie promocyjnego materiału w chwili, gdy plantatorzy tracą większość plonu. To już nie jest złośliwość. To apel o elementarną empatię.
I chyba właśnie o empatię rozbija się cała ta historia.
Bo nikt rozsądny nie kwestionuje faktu, że Polska jest europejskim liderem produkcji czarnej porzeczki.
To prawda.
Ale prawdą jest również to, że lider może jednocześnie przeżywać katastrofalny sezon.
Można być numerem jeden na papierze i jednocześnie patrzeć na owoce spalające się na plantacji.
Komunikacja publiczna nie polega na tym, żeby mówić wyłącznie rzeczy prawdziwe. Polega na tym, żeby wiedzieć, kiedy je mówić.
Ministerstwo mogło tego dnia napisać:
„Wiemy, że wielu plantatorów przeżywa dramatyczny sezon. Jesteśmy z Wami. Pracujemy nad rozwiązaniami. Mimo tych trudności pamiętajmy, że polska porzeczka pozostaje wyjątkowym produktem.”
Ten sam przekaz.
Te same fakty.
Zupełnie inny odbiór.
Zamiast tego powstał wpis, który w oczach wielu producentów zabrzmiał jak toast wygłoszony podczas czyjegoś pogrzebu.
Najbardziej wymowne jest jednak coś innego.
Pod ministerialnym postem niemal nikt nie dyskutuje o witaminie C, antyoksydantach ani pozycji Polski w Europie.
Ludzie rozmawiają o stratach.
O kredytach.
O kosztach produkcji.
O braku opłacalności.
O bezradności.
Jeżeli pod postem mającym promować sukces dominują komentarze o katastrofie, to nie świadczy to o złej woli komentujących.
To świadczy o tym, że między gabinetami ministerstwa a plantacjami powstała przepaść.
I właśnie tę przepaść najlepiej było widać nie na grafice z napisem „Polska porzeczkowym imperium”, lecz w setkach komentarzy ludzi, którzy zamiast świętować zbiory, liczą straty.
Bo największym problemem tego wpisu nie było słowo „imperium”.
Największym problemem był brak wyczucia czasu, miejsca i nastrojów tych, do których ministerstwo powinno mówić w pierwszej kolejności. A jeśli państwo przestaje słyszeć głos własnych producentów, to nawet najładniejsza grafika nie przykryje ciszy, jaka zostaje po spalonych plantacjach.
