Nocne gradobicie mocno uderzyło w sady w rejonie grójeckim w tym w miejscowości Długowola. Uszkodzone jabłka, pęknięcia i straty, których w tym sezonie sadownicy nie mieli już z czego pokryć. – Grad obudził mnie w nocy. Tak mocno dowaliło – relacjonuje sadownik z Długowoli.
Nocne gradobicie przyszło nagle. Jak relacjonuje sadownik z Długowoli, hałas był tak intensywny, że trudno było go przespać.
– Grad mnie obudził. Około w pół do pierwszej, gdzieś koło pierwszej chyba ten grad przyszedł. Po pierwszej może. Tak mocno waliło – mówi sadownik.
Rano pojechał sprawdzić sad. Widok, który zastał, nie pozostawiał złudzeń.
Jabłka dostały najbardziej. Liście ocalały
Co ciekawe, grad nie spowodował największych szkód na liściach. Te – jak mówi sadownik – nie zostały mocno podziurawione. Problemem okazały się przede wszystkim owoce.
– Liście nie są dziurawe. Liści nie poraniło, tylko zbiło jabłka – opisuje.
Na owocach widać uszkodzenia i przecięcia. Szczególnie mocno ucierpiała zachodnia część sadu.
– Od strony zachodniej są większe uszkodzenia – dodaje.
Dla sadownika oznacza to nie tylko gorszy wygląd owoców. Pęknięte i uszkodzone jabłka mogą być znacznie trudniejsze do zagospodarowania, a część z nich może zostać całkowicie wyeliminowana z rynku deserowego.

„Jak jest pęknięcie, to nic tam chyba nie pomoże”
Po gradobiciu zaczyna się walka o to, co jeszcze można uratować. Przy uszkodzonych owocach pojawia się ryzyko infekcji i rozwoju chorób.
Sadownicy mogą stosować odpowiednie zabiegi ochronne, jednak w przypadku poważnych uszkodzeń możliwości są ograniczone.
– Jak jest pęknięcie, to nic tam chyba nie pomoże – mówi sadownik, wskazując na skalę uszkodzeń.
W przypadku ran powstałych po gradzie szczególnie istotna staje się ochrona owoców przed infekcjami. Tyle że oprysk nie cofnie już mechanicznych uszkodzeń, które powstały w czasie gradobicia.

Straty bolą jeszcze bardziej, bo jabłek i tak miało być mniej
Tegoroczny problem nie zaczyna się i nie kończy na jednym gradobiciu. Jak wskazuje rozmówca, w tym sezonie w okolicy i tak spodziewano się mniejszych zbiorów niż w ubiegłym roku.
– Jabłek generalnie jest stosunkowo dużo mniej niż w tamtym roku – przyznaje.
Teraz część owoców została dodatkowo uszkodzona przez grad.
To oznacza wyjątkowo trudną sytuację dla gospodarstw, które już wcześniej musiały mierzyć się z niższym potencjałem produkcyjnym.
Sadownicy bez ubezpieczenia. „Ludzie po prostu nie mogli ubezpieczyć”
Jednym z najbardziej bolesnych elementów całej sytuacji jest kwestia ubezpieczeń.
Rozmówca podkreśla, że jego sad nie był w tym roku ubezpieczony. Jak twierdzi, nie chodziło jednak o brak chęci, lecz o problemy z możliwością zawarcia ubezpieczenia.
– Ludzie po prostu nie mogli ubezpieczyć. Nie to, że nie chcieli, tylko nie mogli – mówi.
W praktyce oznacza to, że po przejściu gwałtownego gradobicia wielu producentów zostaje z uszkodzonymi owocami i stratami, których nie ma z czego zrekompensować.
Czy ktoś może na tym skorzystać?
W rozmowie pojawił się również temat przetwórstwa. Uszkodzone jabłka, które nie będą nadawały się do sprzedaży jako owoce deserowe, mogą bowiem trafić do przemysłu przetwórczego.
To paradoksalna sytuacja. Dla sadownika grad oznacza stratę jakości i potencjalnie niższą cenę. Dla przetwórców większa ilość jabłek przemysłowych może natomiast oznaczać większą dostępność surowca. I właśnie w tym tkwi największy problem. Sadownik może zadbać o ochronę sadu, wykonać zabiegi i próbować ratować owoce. Nie jest jednak w stanie zatrzymać gradu.
„Po sezonie, pozamiatane”?
W tym gospodarstwie straty wpisują się w trudny sezon. Mniej jabłek niż przed rokiem, wcześniejsze problemy pogodowe, a teraz kolejne uderzenie gradu.
Jedna z działek została już wcześniej dotknięta podobnym zjawiskiem – w czerwcu. Teraz grad uderzył ponownie.
Dla sadowników każdy taki incydent oznacza nie tylko kilka minut ekstremalnej pogody. To potencjalnie tygodnie i miesiące pracy, które w ciągu kilkunastu minut mogą zostać zamienione w straty. A sezon jeszcze się nie skończył.



