Tegoroczne zbiory jabłek po raz kolejny pokazują, jak dużym wyzwaniem dla polskiego sadownictwa stało się zapewnienie odpowiedniej liczby pracowników sezonowych. Sadownicy coraz częściej nie mogą już polegać wyłącznie na bezpośrednim umawianiu się z pracownikami zza wschodniej granicy. Ratunkiem są agencje pracy, przewoźnicy i pośrednicy, którzy zapewniają większą przewidywalność, ale jednocześnie podnoszą koszty zbiorów.
Problem dobrze pokazuje doświadczenie Jacka Maliszewskiego, który jeszcze kilka tygodni temu był przekonany, że na czas skompletuje ekipę do zbioru jabłek.
– Umówiłem się bezpośrednio z dwunastoma osobami na zbiór jabłek. Byłem pewny, że ta ekipa będzie skompletowana na czas. Dwa tygodnie temu dowiedziałem się jednak, że z tych dziesięciu czy dwunastu osób sześć po prostu nie przyjedzie – mówi Jacek Maliszewski.
Powody były różne: choroba członka rodziny, problemy w domu czy inne zobowiązania. Dla gospodarstwa oznacza to jednak ten sam problem – brak ludzi w momencie, gdy owoce trzeba zebrać.
– Okazało się, że moim jedynym ratunkiem są pośrednictwa pracy. One wyznaczają ceny. Te ceny z roku na rok rosną o 5–10 procent, ale jednocześnie zapewniają pewnego rodzaju stabilność – podkreśla Maliszewski.
Bezpośrednie umowy coraz większym ryzykiem
Jeszcze niedawno wielu sadowników próbowało organizować pracowników samodzielnie. Pomocne były w tym media społecznościowe, przede wszystkim grupy na Facebooku, gdzie gospodarze kontaktowali się bezpośrednio z potencjalnymi pracownikami.
W praktyce takie rozwiązanie coraz częściej okazuje się jednak zawodne. Pracownik może potwierdzić przyjazd, a następnie zmienić decyzję, gdy otrzyma korzystniejszą ofertę z innego gospodarstwa.
– Rozmawiając z wieloma sadownikami, czuję absolutne rozgoryczenie relacjami między sadownikami a pracownikami z Ukrainy. Często bywa tak, że pracownicy po przyjeździe zapewniają, że będą pracować, a później, po kilku dniach, odwołują przyjazd albo wybierają inną ofertę, bo ktoś zaproponował złotówkę więcej – mówi Maliszewski.
Internet sprawił, że informacje o stawkach rozchodzą się bardzo szybko. Pracownicy mogą na bieżąco porównywać oferty, a gospodarstwa konkurują ze sobą o tych samych ludzi.
W efekcie stawki rosną, a sadownicy mają coraz mniejszą możliwość przewidzenia, ilu pracowników rzeczywiście pojawi się na ich podwórku.
Początek września szczególnie trudny
W tym roku problem jest szczególnie widoczny na początku września. Przy wysokich nasadzeniach i dużym wolumenie zbiorów Gali oraz gruszek zapotrzebowanie na ludzi jest ogromne. Jednocześnie część pracowników z Ukrainy w tym samym czasie zajmuje się pracami we własnych gospodarstwach.
– Mamy na początku września niedosyt pracowników. Wiąże się to między innymi z kopaniem ziemniaków na Ukrainie. Wiele osób ma swoje gospodarstwa i właśnie pierwsza dekada września przypada u nich na te prace – zauważa Maliszewski.
Dla polskich sadowników termin jest wyjątkowo ważny. Zbioru Gali nie można bowiem dowolnie przesuwać. Kilka dni zwłoki może mieć wpływ na jakość owoców, a tym samym na ich późniejszą wartość.
– Po Gali w gospodarstwach nie ubywa pracy, tylko jej przybywa. Doświadczeni sadownicy wiedzą, że opóźnianie zbioru Gali może sprawić, że całoroczna praca i ogromny wysiłek zostaną zniszczone. Gala może na drzewie przejrzeć albo popękać – mówi.
Wysokie temperatury w poprzednich latach pokazały już, jak szybko może pogorszyć się jakość owoców pozostających zbyt długo na drzewach. Szczególnie dotyczy to partii, które miały być przeznaczone na najbardziej wartościowe rynki.
– Dosłownie kilkudniowe opóźnienie zbioru może skutkować tym, że owoce, szczególnie te najlepsze, za które chcemy dostać najlepsze pieniądze, po prostu przejrzeją albo popękają – dodaje Maliszewski.
Pracownik musi być wcześniej, ale to też kosztuje
Dlatego część gospodarstw sprowadza pracowników jeszcze przed rozpoczęciem właściwego zbioru. Trzeba jednak zapewnić im zajęcie i utrzymanie przez ten czas.
– Często zapewniamy im różnego rodzaju prace, takie jak szerywka czy wycinanie. Czasami dajemy im po prostu kilka dni wolnego, żeby nabrali sił przed zbiorem jabłek – tłumaczy Maliszewski.
Sadownicy inwestują również w rozwiązania, które mają przyspieszyć zbiór. Problem w tym, że także one kosztują.
Wszystko składa się więc na coraz wyższy rachunek. Z jednej strony gospodarstwa potrzebują ludzi wcześniej i na dłużej, z drugiej muszą konkurować o nich z innymi branżami oraz gospodarstwami.
Spirala kosztów może się nie zatrzymać
Zdaniem Maliszewskiego wzrost stawek rzędu 5–10 procent rocznie stał się czymś, czego sadownicy zaczynają się spodziewać.
– Choć wydaje nam się, że płacimy bardzo duże pieniądze, w przyszłym roku jesteśmy wręcz pewni, że będziemy płacić jeszcze więcej. Czy ta spirala się zatrzyma? Tego nie wiadomo – mówi.
Skala zmian jest jeszcze bardziej widoczna, gdy spojrzeć na sytuację z perspektywy kilkunastu lat.
– Jeszcze 15 lat temu pracownik kosztował nas mniej więcej jedną trzecią tego, co kosztuje aktualnie za godzinę. Ceny jabłek w tym czasie nie zmieniły się zbytnio. To pokazuje, jak bardzo zbliżamy się pod względem kosztów do Europy Zachodniej – ocenia Maliszewski.
Dla sadowników oznacza to coraz większą presję na rentowność. Koszty pracy rosną, podczas gdy możliwości podnoszenia cen owoców nie zawsze za nimi nadążają.
Agencja kosztuje, ale daje większą pewność
Paradoks polega na tym, że pośrednicy, których działalność zwiększa koszty gospodarstw, stają się jednocześnie jednym z najważniejszych elementów całego systemu zatrudniania pracowników sezonowych.
– Co by nie mówić o agencjach, biorą swego rodzaju pieniądze, czasem niemałe, za załatwienie pracownika. Ale jeżeli większy sadownik ma wybór: zapłacić i mieć człowieka na podwórku albo samemu rwać w sadzie, czekając, aż ktoś raczy spełnić swoje słowa i przyjechać, to wybiera pierwsze rozwiązanie – mówi Maliszewski.
Podobną rolę odgrywają przewoźnicy, którzy nie tylko organizują transport, ale często stają się również pośrednim ogniwem w pozyskiwaniu ekip.
Zdaniem Maliszewskiego skala tego rynku może być znacznie większa, niż wynikałoby to z oficjalnych rozmów na temat zatrudnienia sezonowego.
– Wydaje się, że głównym źródłem pozyskiwania pracowników dla sadowników są dziś przewoźnicy i agencje pracy. Ten biznes jest bardzo rozrośnięty. Można odnieść wrażenie, że agencje, kierowcy i przewoźnicy zatrudniają zdecydowaną większość pracowników zza wschodniej granicy, którzy pracują u nas – uważa.
Co będzie, gdy zbiorów będzie jeszcze więcej?
Tegoroczny problem może być zapowiedzią jeszcze większych wyzwań w latach, w których plonowanie będzie wyjątkowo wysokie. Obecnie, przy zbiorach szacowanych przez Maliszewskiego na około 2,7 mln ton, niedobór pracowników jest już wyraźnie odczuwalny.
Pytanie brzmi, co stanie się w sezonie bez poważniejszych strat spowodowanych wiosennymi przymrozkami, gdy na drzewach pozostanie jeszcze więcej owoców.
– Zastanawiam się, co będzie w sezonie, gdy naprawdę nie będziemy mieć wiosennych przymrozków, gdy owoce dobrze zawiążą. Czy będziemy wtedy podkupywać sobie pracowników? Czy będziemy skazani na to, żeby odmiany najmniej dochodowe po prostu zostały na drzewie i zostały przeznaczone do zbioru mechanicznego? – pyta Maliszewski.
To pytanie dotyczy już nie tylko kosztów pracy, ale całego modelu funkcjonowania polskiego sadownictwa. Jeżeli dostępność pracowników będzie ograniczać możliwość terminowego zbioru, gospodarstwa będą musiały coraz mocniej inwestować w mechanizację, technologie oszczędzające czas oraz stabilne kanały pozyskiwania ekip.
Na razie jednak podstawowym problemem pozostaje to, żeby w kluczowym momencie sezonu pracownik po prostu pojawił się w sadzie. A za tę pewność sadownicy są gotowi zapłacić coraz więcej.



