Kto będzie zbierał polskie owoce?
Polskie gospodarstwa mają nowoczesne technologie, doświadczenie i coraz lepiej radzą sobie z kapryśną pogodą. Coraz częściej brakuje im jednak czegoś znacznie bardziej podstawowego – ludzi, którzy w odpowiednim momencie zbiorą plony. Problem ten szczególnie mocno dotyka producentów truskawek, malin, borówek i innych owoców miękkich.
„Kto będzie zbierał polskie owoce? I komu zależy na osłabieniu polskiego rolnictwa?” – pyta Adam Borzęcki w swoim szeroko komentowanym wpisie, zwracając uwagę na problem, który od lat pozostaje jednym z największych wyzwań polskiego ogrodnictwa.
Owoc nie poczeka
W rolnictwie czas ma znaczenie. W przypadku owoców miękkich okno zbioru jest bardzo krótkie. Truskawka czy malina dojrzewa wtedy, kiedy dojrzewa – i nie można przełożyć zbioru na dogodniejszy dla gospodarstwa termin.
Jak zauważa Borzęcki, problemem nie jest brak możliwości produkcyjnych.
„Polskie rolnictwo nie ma dziś problemu z technologią, nawet potrafi sobie radzić z niestabilną pogodą. Ma problem znacznie prostszy i bardziej fundamentalny: brakuje ludzi do pracy” – pisze.
Konsekwencje są wymierne. Owoce, które mogłyby trafić na rynek, pozostają na plantacjach, a następnie trafiają na ziemię. Dla producenta oznacza to nie tylko zmarnowany plon, ale również koszty poniesione wcześniej na przygotowanie uprawy, nawożenie, ochronę roślin i pielęgnację gospodarstwa.
Pracownicy sezonowi wypełniają lukę
Przez lata polskie gospodarstwa korzystały z pracy sezonowej osób przyjeżdżających z zagranicy. W ostatnich latach – jak wskazuje autor wpisu – coraz większą rolę zaczęli odgrywać pracownicy z Kolumbii.
„Przyjeżdżają z jasnym celem: pracować i zarabiać” – podkreśla Borzęcki, wskazując, że dla rolnika dostępność pracownika w okresie zbiorów może decydować o opłacalności całego sezonu.
W jego ocenie legalna migracja zarobkowa może przynosić korzyści wszystkim stronom: gospodarstwu, które otrzymuje potrzebną siłę roboczą, pracownikowi, który uzyskuje legalny dochód, oraz państwu, które pobiera podatki i składki oraz korzysta z legalnego zatrudnienia.
To właśnie dlatego zapowiadane zmiany dotyczące legalizacji pobytu i pracy cudzoziemców budzą w środowisku rolniczym pytania o praktyczne konsekwencje nowych regulacji.
Kogo dotkną ograniczenia?
Borzęcki stawia sprawę jednoznacznie: ograniczenie możliwości zatrudniania cudzoziemców sezonowych może uderzyć przede wszystkim w producentów, którzy już dziś mają trudności ze znalezieniem pracowników.
„Jeśli brakuje ludzi do zbioru, to nie pojawią się nawet przy podniesieniu stawek. Pojawią się natomiast niewykonane zbiory i straty producentów” – argumentuje.
To prowadzi do kolejnego problemu. Jeżeli gospodarstwo przez kilka kolejnych sezonów nie jest w stanie zebrać wystarczającej części produkcji, właściciel może zacząć ograniczać areał upraw albo całkowicie zrezygnować z określonej produkcji.
A wtedy na rynku może pojawić się więcej importowanych produktów.
Mniej krajowej produkcji, więcej importu?
Polscy producenci owoców konkurują na europejskim rynku z gospodarstwami między innymi z Niemiec, Włoch, Hiszpanii, Portugalii, Holandii czy Belgii. Dostępność pracowników sezonowych jest jednym z elementów wpływających na koszty i organizację produkcji.
Dlatego autor wpisu stawia pytanie, które wykracza poza interes pojedynczego gospodarstwa:
„Czy można wykluczyć, że ograniczenie dostępu do pracowników sezonowych wzmacnia pozycję konkurentów z Europy Zachodniej? Może to przypadek, ale skutki są na tyle poważne, że warto to sprawdzić.”
To właśnie analiza skutków gospodarczych nowych regulacji – a nie same emocje związane z migracją – powinna być punktem wyjścia do debaty.
Warto policzyć, ile państwo zyskuje na legalnie pracującym sezonowym pracowniku, ile kosztuje producenta brak rąk do pracy oraz jakie mogą być konsekwencje zmniejszenia krajowej produkcji i zwiększenia importu.
Legalna praca czy problem, którego nie widać?
W swoim wpisie Borzęcki zwraca uwagę również na szerszy aspekt polityki migracyjnej.
Jego zdaniem zasadnicze pytanie nie powinno brzmieć wyłącznie: „czy przyjmować cudzoziemców?”, ale również: jakich pracowników potrzebuje polska gospodarka i na jakich zasadach powinni oni pracować?
„Czy bardziej potrzebujemy migrantów trudnych do włączenia w rynek pracy, czy tych, którzy przyjeżdżają konkretnie do legalnej pracy sezonowej? Czy ktoś porównał koszty i efekty obu podejść?” – pyta autor.
To istotne rozróżnienie. Migracja zarobkowa może mieć zupełnie inny charakter niż migracja osób, które nie znajdują zatrudnienia i wymagają długotrwałego wsparcia w wejściu na rynek pracy.
W przypadku pracowników sezonowych potrzeba jest natomiast jasno określona: gospodarstwo potrzebuje ludzi przez konkretny okres, a pracownik przyjeżdża z zamiarem podjęcia zatrudnienia.
Najważniejsze pytanie: w czyim interesie?
W centrum całej dyskusji pozostaje jednak polski konsument i polski producent.
Jeżeli polskie gospodarstwo nie jest w stanie zebrać własnych plonów, traci producent. Jeżeli ogranicza produkcję, traci krajowy rynek. Jeżeli brakujące owoce trzeba sprowadzić z zagranicy, rośnie znaczenie importu.
Dlatego pytania postawione przez Adama Borzęckiego trudno sprowadzić wyłącznie do kwestii polityki migracyjnej.
„Czy polski producent, który nie ma kim zbierać plonów, staje się bardziej konkurencyjny?” – pyta.
I dodaje:
„Skoro odpowiedź jest aż tak widoczna, to dlaczego mamy nasz działający gospodarczo i społecznie model zmieniać? W czyim to jest interesie?”
To pytania, na które warto odpowiedzieć przede wszystkim poprzez dane: liczbę zatrudnianych pracowników sezonowych, wpływy podatkowe i składkowe, skalę niezebranych plonów, koszty produkcji oraz wielkość importu owoców i warzyw.
Bo za dyskusją o przepisach stoją bardzo konkretne konsekwencje. Na jednej stronie są regulacje i polityka migracyjna. Na drugiej – plantacje, na których owoce dojrzewają niezależnie od tego, czy znajdzie się ktoś, kto je zbierze.
Jeżeli Polska chce pozostać jednym z europejskich liderów produkcji owoców, odpowiedź na pytanie „kto będzie zbierał polskie owoce?” może okazać się znacznie ważniejsza, niż dziś się wydaje.



