Czy robotyzacja sadownictwa może w przyszłości zmienić rynek pracy? Video robota zbierającego jabłka wywołało w mediach społecznościowych gorącą dyskusję. Jedni widzą w takich maszynach nieuchronną przyszłość, inni zwracają uwagę na koszty, ograniczenia technologii i pytanie, kto właściwie będzie mógł sobie na nią pozwolić.
W sadzie pracuje robot wyposażony w ramię przemysłowe i system wizyjny. Maszyna porusza się między drzewami, rozpoznaje owoce i próbuje je zbierać. To właśnie ten obraz stał się punktem wyjścia do dyskusji o przyszłości pracy w polskim rolnictwie.
Autor wpisu Marek Tucholski postawił sprawę szerzej. Jego zdaniem rozwój robotyzacji oznacza, że zamiast sprowadzać pracowników z zagranicy, należy przede wszystkim zastanowić się, jak przygotować Polaków do rynku pracy, na którym coraz więcej prostych i powtarzalnych czynności będą wykonywać maszyny. Wskazał również na potrzebę zmian w edukacji oraz łatwiejszego zdobywania nowych kwalifikacji przez osoby już pracujące.
„Kilka robotów zamiast ludzi”?
Pod wpisem szybko pojawiły się komentarze zarówno popierające tę wizję, jak i mocno podważające jej założenia.
Część komentujących zwróciła uwagę, że pokazana maszyna nie oznacza jeszcze rewolucji. Pojawił się argument, że roboty tego typu są kosztowne, a zastosowanie kilku zaawansowanych, sześcioosiowych robotów z systemami wizyjnymi może być poza zasięgiem przeciętnego sadownika.
Inni odpowiadali jednak, że podobne argumenty pojawiały się już wcześniej przy okazji mechanizacji kolejnych zawodów. Przywoływano traktory i koparki jako przykłady maszyn, które zastąpiły dużą część ręcznej pracy. Logika była prosta: jeżeli maszyna może wykonać zadanie szybciej i w dłuższej perspektywie taniej, przedsiębiorca będzie miał ekonomiczny powód, by po nią sięgnąć.
Największe pytanie: ile to wszystko kosztuje?
W komentarzach mocno wybrzmiał jednak temat ekonomii. Sama cena robota to dopiero początek wydatków. Do inwestycji dochodzą systemy wizyjne, oprogramowanie, integracja z pozostałą infrastrukturą, serwis, utrzymanie oraz amortyzacja.
Jeden z uczestników dyskusji zwrócił uwagę, że wydatek kapitałowy związany z robotyzacją trzeba amortyzować przez wiele lat, dlatego małe i średnie gospodarstwa mogą nie osiągnąć takiej stopy zwrotu z inwestycji jak duże przedsiębiorstwa.
To właśnie ten argument powracał w dyskusji najczęściej: robot może być technicznie zdolny do wykonywania pracy człowieka, ale nie oznacza to automatycznie, że jego zastosowanie będzie opłacalne w każdym gospodarstwie.
„Najpierw człowiek, potem robot”
Pojawiła się również bardziej społeczna odpowiedź na przedstawioną wizję. Jeden z komentujących przekonywał, że skoro roboty są obecnie kosztowne i nie zawsze wydajne, być może rozwiązaniem jest po prostu lepsze wynagradzanie ludzi za ciężką pracę.
W takim ujęciu robotyzacja mogłaby rozwiązywać dwa problemy jednocześnie: przedsiębiorca otrzymywałby możliwość wykonywania części prac znacznie szybciej, a człowiek nie musiałby konkurować z maszyną ceną swojej pracy.
Ktoś inny ironizował natomiast, że skoro roboty mają zastępować ludzi przy zbiorze jabłek, to można dojść do pytania, po co właściwie potrzebni będą ludzie. W komentarzach pojawiła się nawet żartobliwa wizja świata, w którym roboty budują kolejne roboty, a następnie sztuczna inteligencja zarządza całym przedsiębiorstwem.
Technologia już jest. Pytanie brzmi: kiedy stanie się tania?
Szczególnie interesujący był głos zwracający uwagę, że w dyskusji łatwo pomylić możliwość techniczną z opłacalnością biznesową.
To, że robot potrafi wykonać określoną czynność, nie oznacza jeszcze, że jutro zastąpi wszystkich pracowników wykonujących tę pracę. Technologia musi być odpowiednio szybka, niezawodna, odporna na warunki terenowe i przede wszystkim tańsza od alternatywy.
Jednocześnie historia mechanizacji pokazuje, że koszt technologii może z czasem spadać, a jej możliwości rosnąć. To, co dziś jest drogim eksperymentem, za kilka czy kilkanaście lat może stać się standardowym wyposażeniem gospodarstwa.
Nie tylko jabłka
W komentarzach pojawił się też argument, że rozwój robotyki nie musi zakończyć się na zbieraniu owoców. Jeżeli maszyny nauczą się coraz precyzyjniej rozpoznawać owoce, delikatnie je zrywać, sortować i pakować, automatyzacji mogą podlegać całe fragmenty procesu — od drzewa aż po przygotowanie produktu do sprzedaży.
To prowadzi dyskusję znacznie dalej niż pytanie o to, czy jeden robot zastąpi kilku pracowników sezonowych.
Prawdziwym wyzwaniem jest bowiem to, jak szybko technologia będzie zmieniać całe zawody i jakie kwalifikacje będą potrzebne ludziom, gdy część najprostszych czynności przejmą maszyny.
„Roboty zarobią na emerytury?”
Wśród komentarzy znalazło się także krótkie, ale celne pytanie: czy roboty będą pracować również na nasze emerytury?
To w gruncie rzeczy sedno całej dyskusji. Robotyzacja może zwiększać wydajność gospodarki, ale jednocześnie zmienia strukturę zatrudnienia. Jeżeli mniej ludzi będzie potrzebnych do wykonywania prostych prac, większego znaczenia nabiorą zawody wymagające kompetencji technicznych, programistycznych, organizacyjnych czy związanych z obsługą i konserwacją maszyn.
Dlatego spór pod filmem z sadu szybko przestał być sporem wyłącznie o jabłka.
Stał się dyskusją o tym, czy Polska jest gotowa na rynek pracy, na którym człowiek coraz częściej nie będzie konkurował z drugim człowiekiem, lecz z maszyną. I czy zamiast próbować zatrzymać ten proces, lepiej przygotować ludzi na moment, w którym robotyzacja stanie się po prostu kolejnym etapem rozwoju gospodarki.



