Ktoś zatruł wodę i zniszczył lata pracy. Sadownik wyrywa dziś drzewa, które miały dawać plony przez kolejne dekady
Jeszcze kilka miesięcy temu szykowali się do kolejnego sezonu. Młode i dojrzałe sady czereśniowe, jabłoniowe oraz plantacje borówki miały przynieść owoce i dochód, na który pracowali przez wiele lat. Dziś zamiast zbiorów są piły, koparki i decyzje o wyrywaniu drzew. Wszystko przez zdarzenie, które – jak twierdzi właściciel gospodarstwa – było wynikiem celowego działania człowieka.
„Patrzymy, jak umiera gospodarstwo budowane przez pokolenia” – od tych słów rozpoczyna rozmowę z naszą redakcją sadownik.
Sadownik z województwa mazowieckiego, okolic Białobrzeg opowiada historię, która brzmi jak scenariusz filmu, ale dla jego rodziny stała się bolesną rzeczywistością. Ktoś przed wiosennymi przymrozkami dostał się do wolnostojącej beczki z wodą znajdującej się na prywatnym terenie gospodarstwa i wprowadził do niej silny herbicyd. Skutki okazały się katastrofalne.

Najpierw przymrozki, potem coś znacznie gorszego
Był koniec kwietnia i początek maja. Sadownicy, jak wielu producentów owoców w Polsce, walczyli z konsekwencjami kilku dni przymrozków. Po ustąpieniu zimna rozpoczęli zabiegi regeneracyjne.
– Po mrozach zaczęliśmy ratować drzewa. Wykonywaliśmy standardowe zabiegi regeneracyjne. Ogólnie po przymrozkach drzewa były osłabione i nic nie wskazywało na to, że problem jest gdzie indziej – wspomina gospodarz.
Po kilku dniach zaczęły pojawiać się niepokojące objawy.
– Liście traciły kolor. Chlorofil jakby się cofał. Nasze czereśnie robiły się bladożółte, niemal przezroczyste. Patrzyliśmy na sąsiednie sady i widzieliśmy ogromną różnicę. Wiedzieliśmy, że dzieje się coś nienaturalnego.
Początkowo rodzina podejrzewała własny błąd.
– Człowiek zawsze najpierw szuka winy u siebie. Myśleliśmy, że może pomyliliśmy dawki preparatów, że coś źle wykonaliśmy. Konsultowaliśmy się z doradcami, szukaliśmy przyczyny. Nikt nie przypuszczał, że źródłem problemu może być sama woda w beczce.
Tymczasem każdy kolejny zabieg wykonywany tą samą wodą pogarszał sytuację.

Drzewa nie zostały przypalone. Zostały spopielone
Sadownik podkreśla, że skala uszkodzeń była znacznie większa niż typowe przypalenie roślin np. glifosatem.
– Ludzie mogą pomyśleć, że drzewa zostały przypalone. Nie. One zostały spopielone. Wyglądają jak zimą. Szczególnie czereśnie. Wszystkie młode przyrosty po prostu zniknęły.
Najbardziej ucierpiały kwatery, które rodzina próbowała ratować po przymrozkach najintensywniej.
– Paradoksalnie największe straty są tam, gdzie najbardziej walczyliśmy o plon. Te drzewa dostały kolejne dawki tej samej skażonej wody.
W gospodarstwie znajdują się nasadzenia czereśni, jabłoni i borówki. Objawy pojawiały się praktycznie na wszystkich gatunkach, gdy były wykonywane zabiegi wodą z beczki.

Tajemnica beczki
Ciekawy przełom nastąpił dopiero kilka tygodni później. W beczce, z której pobierano wodę do zabiegów, pozostało jeszcze kilka tysięcy litrów. Około trzy tygodnie od zaobserwowania pierwszych niepokojących objawów na drzewach, ktoś przyszedł i spuścił z beczki całą wodę. To wzbudziło podejrzenia właścicieli.
– Zaczęliśmy dokładnie sprawdzać zbiornik. Odkryliśmy ślady proszku przy jednej ze złączek. Wszystko wskazywało na to, że właśnie tamtędy ktoś dostał się do środka.
Według relacji gospodarza wsypanie preparatu przez górny odpowietrznik byłoby bardzo trudne. Znacznie bardziej prawdopodobne wydaje się wykorzystanie znajdującej się niżej instalacji technicznej.
– To nie było przypadkowe działanie. Żeby to zrobić, trzeba było wiedzieć, jak działa taki zbiornik. Ktoś znał się na gospodarstwie i wiedział, co robi.
Badania nie pozostawiły wątpliwości
Gospodarz zaznacza w rozmowie z nami, że w tamtym czasie nie stosował herbicydów w swoich sadach i pierwsze podejrzenia, że w beczce mogły być mocne środki chwastobójcze pojawiły się w momencie, kiedy chwasty pod drzewami zaczęły usychać. Rodzina zdecydowała się przebadać wodę z beczki, materiał roślinny oraz pozostałości substancji. Wyniki wskazywały obecność dwóch substancji czynnych stosowanych w herbicydach: Methsulfuron-methyl i Tribenuron -methyl. Sadownik dodaje, że nigdy tych substancji nie stosował w swoim sadzie.
Są to związki używane przede wszystkim w uprawach rolniczych do zwalczania chwastów dwuliściennych. Charakteryzują się bardzo wysoką skutecznością już przy niewielkich dawkach.
– To preparaty, których stosuje się po kilkadziesiąt gramów na hektar. Wystarczy naprawdę niewielka ilość, żeby wyrządzić ogromne szkody.
Zdaniem sadownika właśnie dlatego skutki okazały się tak dramatyczne. Nawet niewielka ilość środka dodana do kilkunastu tysięcy litrów wody mogła zniszczyć znaczną część gospodarstwa.

Sady skazane na wycięcie
Najbardziej bolesna jest dziś konieczność likwidacji wieloletnich nasadzeń. Wśród drzew przeznaczonych do usunięcia znajdują się zarówno młode, kilkuletnie czereśnie, jak i w pełni owocujące kwatery jabłoni odmian Gala, Golden i Prince.
– To nie są stare, wyeksploatowane sady. To drzewa w najlepszym wieku produkcyjnym. Część z nich miała przed sobą jeszcze wiele lat owocowania.
W pierwszym etapie rodzina planuje usunięcie około 5 hektarów sadów. Kolejne decyzje mają zapaść po zakończeniu sezonu i ocenie możliwości regeneracji pozostałych nasadzeń.
– Są miejsca, gdzie już nie ma czego ratować. Nie możemy codziennie patrzeć na te drzewa.

Straty liczone w milionach
Rodzina nie ukrywa, że skutki ekonomiczne będą odczuwalne przez wiele lat. Zniszczone zostały nie tylko tegoroczne plony. Utracono także potencjał produkcyjny kolejnych sezonów.
– Straty liczymy już nie w tysiącach, ale w milionach złotych. Trzeba wyrwać drzewa, przygotować ziemię, kupić materiał szkółkarski, posadzić nowe nasadzenia i czekać lata na pierwsze zbiory.
W przypadku czereśni oznacza to wieloletni okres odbudowy gospodarstwa.
– Najbardziej boli to, że wszystko było gotowe do produkcji. Człowiek inwestuje przez lata, a potem ktoś jednym ruchem może to zniszczyć.
Kto to zrobił?
– W tamtym czasie nie mieliśmy kamer. Dziś monitoring obejmuje cały teren gospodarstwa i sąsiadujące pola.
Jednocześnie podkreśla, że nie zamierza nikogo publicznie oskarżać.
– Podejrzenia zawsze są. Każdy na wsi ma jakieś przypuszczenia. Ale bez dowodów nie będę wskazywał żadnych nazwisk.

„Chcę tylko ostrzec innych”
Mimo tragedii właściciel gospodarstwa nie oczekuje współczucia. Nie planuje publicznych zbiórek ani kampanii pomocowych.
– Poradzimy sobie. Będzie ciężko, ale damy radę. Chciałbym tylko, żeby inni sadownicy wyciągnęli z tego wnioski.
Jego zdaniem największym problemem jest przekonanie wielu gospodarzy, że takie sytuacje ich nie dotyczą.
– Sam nigdy nie przypuszczałem, że coś takiego może wydarzyć się u nas. Dziś mówię wszystkim: zabezpieczajcie zbiorniki, montujcie monitoring, kontrolujcie dostęp do wody. Czasem wystarczy jeden człowiek i kilka minut, żeby zniszczyć lata pracy.
Historia, która poruszyła lokalną społeczność
O zdarzeniu mówi już cała okolica. Wśród mieszkańców dominują niedowierzanie i współczucie. Bo choć sadownictwo od lat zmaga się z przymrozkami, gradem, suszą czy wahaniami cen, to niewielu producentów bierze pod uwagę zagrożenie płynące od drugiego człowieka. Dla rodziny sadowników najtrudniejszy jest jednak widok drzew, które jeszcze niedawno miały przynosić plony.
– Powinniśmy teraz przygotowywać się do zbiorów. Powinniśmy być na drabinach i planować sprzedaż owoców. Zamiast tego zastanawiamy się, które kwatery wyciąć jako pierwsze.
W sadzie pozostały rzędy uszkodzonych drzew i pytanie, na które do dziś nie ma odpowiedzi: kto i dlaczego zdecydował się zniszczyć dorobek budowany przez pokolenia?




