Przymrozki po raz kolejny brutalnie przeorały polskie sadownictwo. Straty są ogromne, emocje jeszcze większe, a sadownicy – pozostawieni z bezsilnością wobec pogody – chwytali się wszystkiego, co dawało choć cień nadziei na uratowanie plonu. I właśnie w takim momencie branżowe media powinny zachować szczególną odpowiedzialność. Powinny informować rzetelnie, uczciwie oddzielać fakty od marketingu i nie podgrzewać atmosfery sensacją oraz obietnicami bez pokrycia.
Przez cały tydzień sadownicy byli bombardowani materiałami o „rewelacyjnych rozwiązaniach”, „regeneracji po przymrozkach”, „odbudowie uszkodzonych tkanek” i preparatach, które miały niemal dokonywać cudów w sadzie. Wywiady, relacje, rekomendacje, wypowiedzi przedstawicieli firm, sugestie zabiegów przed przymrozkiem, po przymrozku i w trakcie stresu. Na jednym z portalu było pięć różnych firm, pięć różnych produktów, pięć różnych narracji – ale wspólny przekaz był jeden: „da się jeszcze uratować sytuację”.
A potem nagle pojawia się tam artykuł moralizatorski z przekazem: „nie dajcie się oszukać”, „martwe tkanki nie ożyją”, „nie istnieją cudowne rozwiązania”.
I tutaj rodzi się pytanie: naprawdę?
Najpierw przez kilka dni buduje się ruch na portalu, nakręca emocje i publikuje kolejne materiały o „szansach ratowania”, a kiedy sadownicy – często w desperacji – wydadzą pieniądze na kolejne preparaty, na końcu czytają, że to nie działa.. To nie jest już informowanie. To jest hipokryzja w najczystszej postaci.
Oczywiście – trzeba jasno powiedzieć – nikt rozsądny nie twierdzi, że produkty wspomagające regenerację roślin są bezwartościowe. Wspieranie drzewa po stresie, poprawa kondycji, ograniczanie skutków uszkodzeń czy walka o utrzymanie części zawiązków mają sens. Sadownictwo od lat korzysta z rozwiązań antystresowych i biostymulacji. Problem pojawia się wtedy, gdy marketing zaczyna przekraczać granicę zdrowego rozsądku.
Najbardziej bulwersujące jest jednak coś innego. Wiele redakcji prowadziło rozmowy z praktykami, ekspertami czy producentami, ale mimo wszystko zachowywało pewną ostrożność. Pokazywano możliwości, analizowano sytuację, dyskutowano o szansach i ograniczeniach. Nikt rozsądny nie obiecywał wskrzeszania martwych kwiatów.
Tymczasem jeden z portali poszedł o krok dalej – w ciągu kilku dni opublikował lawinę materiałów promujących kolejne „rozwiązania”, by na końcu wystąpić w roli obrońcy sadowników i przestrzegać ich przed wiarą w „magiczne środki”. Żenujące… Trudno nie odnieść wrażenia, że najpierw zbudowano problem i emocje, później wygenerowano kliknięcia oraz zainteresowanie reklamodawców, a na końcu opublikowano tekst mający przykryć wcześniejszą narrację.





