w

Publiczne spory o pozostałości pestycydów mogą wymknąć się spod kontroli i uderzyć w całe sadownictwo!

Niedawno odbyła się Konferencja Ochrony Roślin Sadowniczych 2026, zorganizowana przez Instytut Ogrodnictwa w Skierniewicach. Wydarzenie zgromadziło naukowców, doradców oraz producentów z całego kraju i stało się ważną platformą dyskusji o przyszłości ochrony upraw sadowniczych w obliczu zmieniających się regulacji, presji rynkowej i rosnących oczekiwań konsumentów. Jednym z najbardziej poruszających wystąpień podczas debaty było wystąpienie Mirosława Maliszewskiego, który zwrócił uwagę na narastający konflikt między oczekiwaniami części środowiska sadowniczego a realiami handlu międzynarodowego.

Presja konkurencji i złudne recepty

Maliszewski odniósł się do pojawiających się w branży postulatów, by w odpowiedzi na dopuszczanie do Unii Europejskiej produktów z krajów Mercosuru radykalnie poluzować unijne regulacje dotyczące środków ochrony roślin. Jak podkreślił, niektóre głosy – szczególnie obecne w mediach społecznościowych – sugerują wręcz wycofanie ograniczeń, aby wyrównać warunki konkurencji z producentami z Ameryki Południowej.

Zdaniem Maliszewskiego byłoby to jednak rozwiązanie błędne. Podkreślił, że konkurencyjność rolnictwa nie zależy wyłącznie od dostępu do nieograniczonej palety preparatów. Nawet przy liberalizacji przepisów europejscy producenci nie byliby w stanie wygrać rywalizacji kosztowej z krajami o zupełnie innych warunkach produkcji. Jednocześnie zaznaczył, że sadownicy muszą mieć dostęp do środków, które pozwolą skutecznie chronić uprawy przed chorobami i szkodnikami — bez tego sama produkcja może stać się niemożliwa lub nieopłacalna.

Produkcja musi iść w parze z rynkiem

Kluczowym wątkiem wystąpienia była konieczność łączenia potrzeb produkcyjnych z oczekiwaniami rynku. Maliszewski przypomniał, że obowiązujące przepisy unijne określają maksymalne poziomy pozostałości środków ochrony roślin, a dodatkowo wiele sieci handlowych i rynków eksportowych narzuca jeszcze bardziej restrykcyjne standardy. Zdarza się, że odbiorcy dopuszczają obecność pozostałości jedynie kilku substancji czynnych — niezależnie od tego, czy mieszczą się one w normach prawnych.

W praktyce oznacza to, że wyprodukowanie owoców dobrej jakości nie wystarcza — trzeba jeszcze spełnić szczegółowe wymagania odbiorców. Bez tego produkt może okazać się niesprzedawalny. Maliszewski zwrócił uwagę, że szczególnie rygorystyczne standardy obowiązują na rynkach Europy Zachodniej, w tym w Niemczech, które pozostają największym importerem polskich produktów ogrodniczych. Problemy z wejściem na ten rynek wynikają nie z uprzedzeń wobec polskich producentów, lecz z wysokich wymagań dotyczących pozostałości pestycydów.

Różne rynki – różne strategie

Podczas debaty podkreślono, że poszczególne rynki światowe kierują się odmiennymi priorytetami. Bogate kraje Zatoki Perskiej oczekują produktów premium — liczy się nie tylko wygląd i jędrność owoców, ale także minimalny poziom pozostałości środków ochrony roślin. Z kolei rynki takie jak Egipt są bardziej wrażliwe cenowo i mniej restrykcyjne pod względem parametrów jakościowych, co pozwoliło polskim eksporterom znacząco zwiększyć tam sprzedaż w ostatnich latach.

Maliszewski zaznaczył jednak, że strategia oparta wyłącznie na konkurowaniu ceną jest ryzykowna i ma ograniczoną opłacalność. Nadpodaż produktów na rynku sprawia, że odbiorcy mogą narzucać coraz surowsze wymagania. Jedynie w okresach niedoboru towaru normy bywają chwilowo traktowane mniej rygorystycznie.

„Wojna na pozostałości” — lekcja z konfliktu niemiecko-włoskiego

Jednym z najbardziej obrazowych przykładów przywołanych podczas debaty była głośna sprzed kilku lat medialna konfrontacja między producentami z Niemiec i Włoch, która doskonale pokazuje, jak wrażliwym tematem w Europie stały się pozostałości środków ochrony roślin.

Niemcy, będący jednym z największych konsumentów jabłek w Europie, produkują ich znacznie mniej, niż sami zużywają, dlatego w dużym stopniu opierają się na imporcie — między innymi z północnych Włoch, które są sadowniczą potęgą kontynentu. W pewnym momencie niemieckie środowiska sadownicze rozpoczęły akcję informacyjną, publikując szczegółowe zestawienia zabiegów ochrony wykonywanych w sadach włoskich. W materiałach podkreślano, że liczba oprysków w sezonie sięgała kilkudziesięciu, co miało podważyć zaufanie konsumentów do importowanych owoców i skierować ich uwagę na produkcję krajową.

Reakcja Włochów była natychmiastowa i równie stanowcza. Opublikowano analogiczne dane dotyczące sadów niemieckich, wskazując, że również tam stosuje się szeroką gamę substancji czynnych — w niektórych przypadkach nawet większą niż w sadach włoskich. Przekaz był jasny: intensywna ochrona roślin jest elementem nowoczesnej produkcji sadowniczej niezależnie od kraju, a selektywne przedstawianie danych może prowadzić do manipulacji opinią publiczną.

Efekt tej „wojny na liczby” okazał się jednak odwrotny do zamierzonego przez obie strony. Zamiast wzrostu sprzedaży owoców krajowych nastąpiło osłabienie zaufania konsumentów do jabłek jako takich. Nagłaśnianie liczby zabiegów i substancji chemicznych sprawiło, że część odbiorców zaczęła ograniczać spożycie owoców, niezależnie od ich pochodzenia. Była to bolesna lekcja pokazująca, że wizerunkowe konflikty w branży rolnej mogą uderzyć we wszystkich producentów jednocześnie.

W kontekście konferencji przykład ten posłużył jako ostrzeżenie dla polskich sadowników. Publiczne eskalowanie sporów dotyczących pozostałości środków ochrony roślin — zwłaszcza w dobie mediów społecznościowych — może łatwo wymknąć się spod kontroli i zaszkodzić całemu sektorowi. Dlatego, jak podkreślił Mirosław Maliszewski w dyskusji, znacznie ważniejsze od wzajemnych oskarżeń jest budowanie strategii produkcji odpowiadającej realnym wymaganiom rynku oraz konsekwentne wzmacnianie zaufania konsumentów.

Historia niemiecko-włoska pokazuje też coś jeszcze: że dziś konkurencja w sadownictwie nie toczy się wyłącznie o plon czy cenę, lecz także o postrzeganie bezpieczeństwa żywności. W świecie nadpodaży to właśnie zaufanie do jakości i standardów produkcji staje się jednym z najcenniejszych zasobów.

Wspólna odpowiedzialność za przyszłość branży

W podsumowaniu swojego wystąpienia Maliszewski podkreślił, że przyszłość sadownictwa zależy od umiejętnego pogodzenia dwóch elementów: skutecznej ochrony upraw oraz zrozumienia wymagań rynku. Brak jednego z nich może doprowadzić do marginalizacji producentów.

Debata pokazała, że ochrona roślin sadowniczych to dziś nie tylko kwestia technologii produkcji, ale również strategii handlowej, wizerunku i dostosowania do globalnych trendów konsumenckich. Wnioski z konferencji wskazują, że przyszłość polskiego sadownictwa będzie zależeć od zdolności do działania w tych wszystkich obszarach jednocześnie.

opracowanie własne na podstawie transmisji video na kanale YouTube „Instytut Ogrodnictwa” pod linkiem: https://www.youtube.com/live/U2Llhf1tkHw?si=U-k0NZUlNlYOWWEt

UDOSTĘPNIJ

Sady, które znikają… i dżentelmeni na wymarciu – podsumowanie wyjazdu do FRUCHTWELT Bodensee