Silne spadki temperatur, sięgające miejscami nawet minus 10 stopni Celsjusza, doprowadziły do poważnych strat w sadownictwie i uprawach owoców w całej Polsce. Choć potocznie takie zjawiska określane są jako przymrozki, eksperci nie mają wątpliwości — skala i czas trwania chłodu oznaczają, że mieliśmy do czynienia z pełnoprawnym mrozem, który dla wielu plantacji okazał się katastrofalny.
Z meteorologicznego punktu widzenia różnica między przymrozkiem a mrozem jest istotna. Przymrozki występują wtedy, gdy temperatura spada poniżej zera jedynie okresowo — najczęściej nocą lub nad ranem — ale w ciągu dnia wraca powyżej zera. Mróz natomiast to zjawisko utrzymujące się przez całą dobę. Jednak dla rolników i sadowników definicje te tracą znaczenie, gdy wielogodzinne spadki temperatur niszczą uprawy.
– Jeśli temperatura spada na kilka godzin do minus 3–4 stopni, rośliny mają jeszcze szansę się zregenerować. Ale kiedy mróz utrzymuje się przez całą noc, a nad ranem osiąga minus 7 czy nawet minus 10 stopni, to są straty, których nie da się już odwrócić – relacjonują sadownicy.
Najgorsze warunki panowały podczas kilku nocy, gdy temperatura utrzymywała się na bardzo niskim poziomie przez wiele godzin. W efekcie uszkodzenia objęły niemal wszystkie regiony kraju. Jak podkreślają przedstawiciele branży, nie ma dziś obszaru upraw sadowniczych wolnego od strat.
Eksperci mówią wręcz o „armagedonie pogodowym”. Szczególnie dotkliwy okazał się tzw. przymrozek radiacyjno-adwekcyjny. Zjawisko to polega na jednoczesnym napływie bardzo zimnego powietrza z północy oraz szybkim wypromieniowywaniu ciepła przy bezchmurnym niebie. Taka kombinacja sprawia, że temperatura spada wyjątkowo gwałtownie i utrzymuje się na niskim poziomie przez długi czas.
Sadownicy próbowali ratować swoje uprawy, stosując znane metody ochrony, takie jak instalacje nadkoronowe czy nocne zabiegi zabezpieczające. Jednak w wielu przypadkach działania te okazały się nieskuteczne. – Przy tak niskich temperaturach to bardziej uspokojenie sumienia niż realna pomoc – przyznają producenci.
Sytuację pogarsza fakt, że rośliny były już wcześniej osłabione. Po mroźnej zimie przyszła dwumiesięczna susza, a następnie kolejne fale chłodu. Tak duże nagromadzenie stresów sprawiło, że wiele drzew nie było w stanie przetrwać kolejnego uderzenia zimna. Według sadowników tak trudnego sezonu nie było od kilkudziesięciu lat.
Straty liczone są w miliardach złotych i dotyczą nie tylko sadów jabłoniowych, ale całej branży owocowo-warzywnej. W związku z tym podjęto już działania w kierunku uzyskania nadzwyczajnej pomocy finansowej, która miałaby zostać uruchomiona także na poziomie Unii Europejskiej. Jednak sami rolnicy podkreślają, że nawet znaczące wsparcie nie pokryje rzeczywistych strat.
Koszty produkcji rosną, a opłacalność sadownictwa od lat spada. W wielu gospodarstwach konieczne będzie zaciąganie kredytów, by odbudować produkcję w kolejnym sezonie. Jednocześnie eksperci wskazują, że sytuacja może odbić się również na konsumentach.
Choć globalny rynek zapewnia dostępność owoców dzięki importowi, ceny w sklepach prawdopodobnie wzrosną. Na obecnej sytuacji mogą zyskać zagraniczni dostawcy, którzy wypełnią lukę po krajowej produkcji.
Specjaliści zwracają uwagę, że ekstremalne zjawiska pogodowe stają się coraz częstsze i bardziej dotkliwe. Wahania temperatur, susze, a w kolejnych miesiącach także burze i gradobicia — to wszystko wpisuje się w postępujące zmiany klimatyczne.
Przed sadownikami trudny czas, a przed konsumentami możliwe podwyżki cen. Jedno jest pewne — tegoroczna wiosna zapisze się jako jedna z najbardziej dramatycznych w historii polskiego rolnictwa.





