w ,

Kobiety na wsi spełniają swoje marzenia, a prawdziwa „kobieta w sadzie” mieszka w Bikówku

Dorota Niedbała w swoim sadzie

Dzisiaj ważny dzień dla kobiet na wsi, bo to one obchodzą dziś Swoje Święto – Kobiety Wiejskie. Z tej okazji mamy dla Państwa materiał poświecony „kobiecie wiejskiej”, a dokładnie „kobiecie sadowniczej”.

Kilka lat temu podczas pokazów cięcia poznałam pewną Panią Dorotę – jedyną kobietę, która była tak mocno zaangażowana w sadownicze tematy. Widziałyśmy się zawsze tam, gdzie były ważne wydarzenia branżowe, ale nigdy nie było chwili czasu na rozmowy. W tym roku miałam okazję zupełnie przypadkiem znowu się z nią zobaczyć i poznać historię tej „prawdziwej kobiety w sadzie”, jaką jest Pani Dorota Niedbała.

Zachęcam Państwa do obejrzenia video i przeczytania materiału, do którego napisania namówiłam Panią Dorotę. Jej historia jest inspiracją dla niejednej „kobiety w sadzie”.

Kiedy kilka lat temu, powstał portal internetowy pt.: Kobieta w Sadzie pomyślałam sobie super! Wreszcie będzie coś o nas kobietach mieszkających, pracujących i żyjących na wsi. O naszych potrzebach, marzeniach i pasjach. Wreszcie, choć częściowo obalimy pokutujący mit wśród Polaków, że kobieta na wsi to tylko żona rolnika, sadownika i matka wychowująca dzieci a ostatecznie pomoc w gospodarstwie. I tak się stało. Mimo wielu tematów typowo branżowych i produkcyjnych, jakie są poruszane na portalu, zawsze my kobiety mamy tu swoje miejsce i jesteśmy widoczne w działaniu – pisze do nas w wiadomości Pani Dorota i kontynuuje:

Dziś też chcę opowiedzieć historię wielu kobiet prowadzących same gospodarstwa, które poświęciły swój czas nie tylko pracy na roli, ale uczyniły z tej pracy wielką pasję i przygodę życia. Opowiedzieć swoją historię.

Pochodzę z rodziny sadowniczej mieszkającej koło Grójca. Od dzieciństwa moje życie toczyło się w sadzie. Tam była najpierw praca, a potem zabawa. Przyznam się szczerze, że jako już nastolatka bardzo tego nie lubiłam, bo jak miałam się czuć, jak moi rówieśnicy z miasta wyjeżdżali na wakacje i ferie, a ja jak pewnie większość dzieci w tamtym czasie musiałam w miarę możliwości, pomagać rodzicom w gospodarstwie. Pragnęłam jak najszybciej się stąd wyrwać oczywiście do miasta. To było wtedy moje marzenie.

Po części je zrealizowałam, kiedy los tak się potoczył, że zamieszkałam w tym wymarzonym Wielkim Mieście już razem z mężem i podjęłam z entuzjazmem pracę. Był rok 1989. Przeszło lato, jesień i zima, ale kiedy nastała wiosna poczułam się trochę nieswojo, obserwując budzącą się do życia przyrodę. Pewnego razu ktoś otworzył okno w biurze i usłyszałam świergot ptaków taki piękny, taki znajomy. Pomyślałam – co ja tu robię? I jednocześnie się przeraziłam, bo to ja poczułam się wtedy jak ten ptak, tylko zamknięty w klatce. Ten śpiew ptaka okazał się punktem zwrotnym w moim życiu, w którym zdecydowałam, że wracam do Domu przez duże D i do korzeni Ten impuls spowodował zmianę kierunku o 180 stopni. Wróciliśmy na wieś. Tak właściwie to tylko ja wróciłam obydwiema nogami, jak się potem okazało mąż tylko jedną, bo niedługo potem podjął pracę zawodową.

Rodzice przekazali nam gospodarstwo, ale musicie wiedzieć, że ponad 30 lat wstecz córki nie zostawały na ojcowiźnie.

To był przywilej synów, a ja miałam przecież starszego brata a rodzice pierworodnego syna. Podjęli oni w tamtym czasie na pewno bardzo dla nich trudną i nietuzinkową decyzję. Tym bardziej odważną, że ich zięć pochodził z miasta, co też było co najmniej szalone w oczach ich znajomych. W głębi duszy postanowiłam wtedy udowodnić wszystkim i sobie, że jako kobieta i córka też potrafię i mogę. Poszłam za ciosem, choć wcale nie było łatwo.

Wieś wprawdzie dała mi wtedy dużo energii i poczucie wolności związanej z przestrzenią, bliskością natury, autentycznymi ludzkimi relacjami, poczuciem stabilizacji i bezpieczeństwa, bo byłam i pracowałam przecież u siebie.

Wieś ma też swoje drugie oblicze.

Nie jest tylko taka wiejska-czarodziejska i sielankowa jak pokazują to na obrazach czy w filmach. Jest bardzo wymagająca szczególnie w stosunku do tych, którzy tu pracują. Jest nieprzewidywalna, każdy dzień, miesiąc i rok jest inny i nieporównywalny do poprzedniego. Jesteśmy uzależnieni od klimatu i pogody. Nie można nic zaplanować i trzeba być bardzo elastycznym i działać często intuicyjnie. Przeżywałam bardzo często z tego powodu gorycz porażki, choć nie zawsze w pełni zależną ode mnie. Szybko musiałam się podnosić, bo przyroda przecież nie czeka czy masz humor i dobrą kondycję do pracy.

Początek lat 90 to okres transformacji i gospodarstwa sadownicze również ją przeszły był to milowy krok, jaki dokonał się na wsi i ja też musiałam go zrobić. Musiałam przede wszystkim zmienić sposób myślenia o gospodarstwie, zrobić burzę mózgu, w jakim kierunku powinnam pójść, na czym się skupić, do czego dążyć.

Nastąpiła zmiana struktury nasadzeń technologii i samego myślenia o sposobie produkcji. Skoncentrowałam się na jakości, a nie na ilości produkcji. Należało przystosować się do nowych warunków rynkowych. Wymagało to z mojej strony wiele elastyczności. Bo prowadząc gospodarstwo, jest się nie tylko dyr. generalnym, ale i handlowym i produkcji i marketingu i logistyki, księgową, bo trzeba spiąć budżet, który w gospodarstwie składa się z bardzo wielu elementów i jest zawsze za mały. Wejście Polski do UE umożliwiło mi ten rozwój bardzo znacząco. Korzystałam z wielu programów dofinansowywanych z budżetu UE, co znacznie ułatwiało rozwój gospodarstwa, ale i wielu rzeczy trzeba było się uczyć i uporządkować. Robiliśmy to przecież wszyscy pierwszy raz. Zrozumiałam, że bycie kobietą przedsiębiorczą na wsi w gospodarstwie nie jest łatwe, ale nie jest niemożliwe.

Sadownictwo też jest taką specyficzną gałęzią produkcji rolniczej, która wymaga mimo jakiegoś zakresu wiedzy ciągłego uczenia się, dlatego uczestniczyłam w wykładach, prelekcjach, zapisałam się do grup doradczych, jeździłam na wyjazdy studyjne, aby zobaczyć jak produkują sadownicy w Europie.

Mój starszy brat, wtedy już doświadczony sadownik powiedział mi kiedyś, że jeżeli chcę prowadzić prawdziwą produkcję sadowniczą, muszę być wszędzie i na polu w sadzie i na wykładzie i na spotkaniu sadowniczym, musisz wejść w to środowisko całą sobą.

I cóż się okazało, że wchodząc w to środowisko do sali wykładowej byłam wtedy jedną kobietą.

Pamiętam jak drżało mi serce a właściwie nogi , kiedy pierwszy raz poszłam na takie spotkanie i przywitało mnie ok. 50 mężczyzn z wyraźnym zdumieniem na twarzy, a sam prowadzący w ogóle mnie nie zauważył i przywitał samych panów. Tak to się wtedy odbywało. Z biegiem czasu zauważyłam, że wyraz zdumienia u mężczyzn zamienił się w przyjacielski uśmiech i uścisk dłoni, miłą rozmowę. Potem już nikt nie zwracał na mnie uwagi – zostałam sadownikiem. Ja sama w prywatnych relacjach wybierałam męskie towarzystwo, bo mogłam się czegoś dowiedzieć o sadownictwie wymienić doświadczeniami. Często namawiałam koleżanki, aby mi towarzyszyły w wyjazdach lub poszły ze mną na spotkanie sadownicze, i tu także zauważałam zmiany. Kobiety coraz częściej przychodziły na początku w towarzystwie mężów, a potem już same.

Zaczęłam odnosić drobne sukcesy, moje gospodarstwo się rozwijało i piękniało, a produkcja zaczęła wyróżniać na tle innych, prowadzonych przez mężczyzn. Kiedy wpadali do mnie, widziałam uznanie i podziw w ich oczach. To dawało mi chyba największą satysfakcję a zdrowa rywalizacja wielką frajdę i przyjemność. Po prostu uwielbiam, to co robię. Nawet nie zauważyłam jak, sadownictwo stało się przez te lata moją pasją. Dlatego że go po prostu pokochałam i oddalam mu całą siebie.

Na pewno nie byłoby to możliwe, gdyby nie moi najbliżsi Rodzina i Mąż. To On zawsze we mnie wierzył i utwierdzał w decyzjach.

To on, kiedy tylko miał wolne w swojej pracy, pomagał mi w gospodarstwie, często się śmiejąc, że dostaje zawsze u mnie najniższe stanowisko i chyba nigdy tu nie awansuje, bo wykonuje zawód pracownika fizycznego albo kucharza. A ja śmiejąc się w duchu, wiedziałam, że czasami lepiej znam przepis na miksturę do opryskiwania sadu niż przepis na jakąś wymyślną potrawę, którą mąż wykonywał. Czasami porządki w domu dawały wiele do życzenia, ale myślę, że nikt z tego powodu nie był głodny i brudny wszyscy przeżyli i są szczęśliwi. Mimo że mam więcej obowiązków niż niejeden mężczyzna nie osiadam na laurach.

Od siedmiu lat piastuję funkcję sołtysa w Bikówku i jestem prezesem stowarzyszenia działającego w mojej wsi.

To wielki zaszczyt dla mnie i wyróżnienie być reprezentantem lokalnej społeczności, u której masz wielkie zaufanie i poparcie. Tym samym reprezentuję też swoje mieszkanki, które obserwuję, jak bardzo się zmieniły, na przestrzeni tych ponad 30 lat. Kobiety wiejskie wiedzą, że trzeba się nawzajem wspierać, że sukces jednej z nich jest inspiracją dla innej. Cieszę się, że młode pokolenie kobiet na wsi z łatwością obala stereotypy i pisze nowe scenariusze, co to znaczy być jednocześnie kobietą i rolniczką. Kobiety Wiejskie to potężna siła.

I na zakończenie chciałam dodać, że nie możemy też generalizować. Kobiety wiejskie czy miejskie są tak samo ważne i cenne. Po prostu wszystkie mamy moc, potencjał i dokonujemy wielkich rzeczy. Pragnę życzyć wszystkim kobietom wiejskim, aby zawsze realizowały Swoje marzenia i rozwijały pasje – informuje na koniec w Pani Dorota Niedbała

Tekst: Kobiety na wsi spełniają swoje marzenia, a prawdziwa „kobieta w sadzie” mieszka w Bikówku

UDOSTĘPNIJ
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

GIPHY App Key not set. Please check settings

Jeden komentarz

  1. Mieszkam w tej samej wsi i Dorota jest moją sołtysową. Jestem duma że ją znam. Nie pochodzę stąd, jestem jak to się mówi przyjezdna. A odkąd poznałam Dorotę zawsze podziwiałam ją za energię, za pozytywne nastawienie do świata i ludzi. Zawsze gotowa pomóc i zaangażować się w nowe zadania. Fachowiec w sadzie, społecznik, sołtys który jednoczy mieszkańców wsi. Fantastyczna kobieta.
    Ale poznałam tu na wsi wiele wspaniałych kobiet, które zajmują się gospodarstwem i składam im życzenia aby ich życie było pełne radości i satysfakcji z pracy, aby spełniały swoje marzenia i te zawodowe i prywatne.
    Urszula Paliwoda

Wjechał z całym impetem do sadu, miał prawie 4 promile!

Drastyczny wzrost kosztów i ostre zaciskanie pasa dopiero przed nami!