Początek marca w sadach zwykle to start sezonu sadowniczego. Sadownicy pracują od świtu. Trwa cięcie, porządkowanie, przygotowanie do zabielania i pierwszych zabiegów. Na pierwszy rzut oka – sezon ruszył pełną parą.
Ale gdy zejdzie się z utwardzonej drogi w głąb kwater, obraz przestaje być tak oczywisty.
Śnieg stopniał szybko. Woda nie zdążyła wsiąknąć, ziemia jest nasiąknięta jak gąbka. W wielu rejonach sadownicy mówią wprost: w sad nie da się wjechać. Ciągniki stoją, opryskiwacze czekają. Każda próba wjazdu kończy się głębokimi koleinami, które zostaną w międzyrzędziach na cały sezon. A to dopiero początek problemów.
– Samo ugrzęźnięcie to jedno – mówi jeden z sadowników z centralnej Polski. – Gorzej, że ciągnik fizycznie nie jest w stanie pociągnąć beczki z opryskiem w takich warunkach.
Cięcie wciąż trwa w najlepsze, ale nie wszędzie idzie zgodnie z planem. Są miejsca, gdzie nie da się wjechać sprzętem do rozdrabniania gałęzi. Wygarnianie odkłada się na później, a opóźnienie w jednej pracy automatycznie przesuwa kolejne. Zabielanie w wielu gospodarstwach jeszcze się nie rozpoczęło.
Niektóre zabiegi już wkrótce trzeba będzie wykonać. Okna pogodowe bywają krótkie – kilka godzin bez wiatru i deszczu. Ale nawet jeśli pogoda pozwoli, gleba może nie dopuścić do wjazdu. A bez dobrej ochrony na początku sezonu, ryzyko chorób i szkodników rośnie z każdym cieplejszym dniem. O nawożeniu doglebowym wielu sadowników na razie nawet nie myśli. Ciągniki z rozsiewaczami nawozów również wymagają stabilnego podłoża.
Sezon zapowiada się więc wymagający. Z jednej strony – intensywne cięcie na początku marca, z drugiej – spiętrzenie prac porządkowych przez opóźnienia. Do tego presja czasu związana z pierwszymi zabiegami.
Na razie jednak w wielu sadach słychać głównie sekatory. Ciągniki milczą. A pytanie „czy prace trwają?” ma dziś w sadowniczych realiach odpowiedź bardziej złożoną niż zwykle. Prace trwają – ale ziemia wciąż dyktuje warunki.







