Nie klikajmy w strach. Maliszewski o jakości polskich owoców i wizerunku sadowników
„Przestańmy klikać, udostępniać i napędzać zasięgi tym, którzy straszą polską żywnością” – apeluje Mirosław Maliszewski. Prezes Związku Sadowników RP podsumował ostatni sezon i odniósł się do coraz częściej pojawiających się w mediach społecznościowych przekazów sugerujących, że polskie owoce są niebezpieczne dla konsumentów. Jego zdaniem takie narracje uderzają przede wszystkim w sadowników, którzy od lat produkują żywność w ramach rygorystycznych zasad i podlegają wielopoziomowej kontroli.
W ostatnim czasie w internecie pojawia się coraz więcej materiałów, w których polskie owoce przedstawiane są jako produkty rzekomo „trujące”, pełne pozostałości środków ochrony roślin i stanowiące zagrożenie dla zdrowia. Takie przekazy szybko zdobywają popularność, bo strach i kontrowersja przyciągają uwagę.
Mirosław Maliszewski uważa jednak, że sadownicy nie powinni odpowiadać na te treści poprzez wdawanie się w niekończące się internetowe dyskusje.
Nie karmmy algorytmu strachem
Jak podkreśla Maliszewski, problemem jest nie tylko sama treść takich publikacji, ale również sposób, w jaki funkcjonują media społecznościowe.
Każde wejście na profil, komentarz, udostępnienie czy kłótnia pod materiałem zwiększają jego zasięg. W efekcie nawet osoby, które wchodzą tam po to, aby zaprzeczyć przedstawianym tezom, mogą nieświadomie pomagać w ich rozpowszechnianiu.
Dlatego jego apel do sadowników jest prosty: nie budujmy zasięgów ludziom, którzy straszą konsumentów polskimi owocami.
Zamiast tego warto mówić własnym głosem i docierać bezpośrednio do konsumentów – rodziny, znajomych, mieszkańców miast, którzy nie mają na co dzień kontaktu z produkcją sadowniczą.
Jak naprawdę wygląda ochrona polskich upraw?
W swoim wystąpieniu Maliszewski przypomina, że współczesna produkcja sadownicza nie polega na bezrefleksyjnym stosowaniu środków ochrony roślin.
W ramach integrowanej ochrony roślin w pierwszej kolejności wykorzystuje się metody agrotechniczne i inne sposoby ograniczania występowania chorób oraz szkodników. Po środki ochrony roślin sięga się wtedy, gdy istnieje rzeczywiste zagrożenie dla uprawy i jest to konieczne.
To ważna różnica w stosunku do obrazu, który czasami pojawia się w mediach społecznościowych, gdzie sadownik przedstawiany jest jako osoba regularnie i bez kontroli „opryskująca” owoce.
Rzeczywistość jest znacznie bardziej sformalizowana.
Środki ochrony roślin podlegają rygorystycznym zasadom
Jak wskazuje Maliszewski, środki ochrony roślin dopuszczone do stosowania w Polsce podlegają procedurom rejestracyjnym i ocenie pod kątem bezpieczeństwa. Substancje, które zostają uznane za niedopuszczalne, są wycofywane z użycia.
Również samo stosowanie środków ochrony roślin przez profesjonalnych użytkowników jest objęte określonymi wymaganiami. Sadownik musi posiadać odpowiednie kwalifikacje, a wykonywane zabiegi podlegają ewidencjonowaniu.
Każdy zabieg powinien zostać odnotowany w dokumentacji gospodarstwa. Nie jest więc tak, że rolnik może zastosować dowolny preparat, w dowolnej dawce i w dowolnym terminie, bez pozostawienia śladu.
Bezpieczeństwo zaczyna się jeszcze przed zbiorem
Na tym jednak system kontroli się nie kończy.
Owoce mogą być badane pod kątem pozostałości środków ochrony roślin zarówno w ramach urzędowych kontroli, jak i kontroli prowadzonych przez podmioty uczestniczące w łańcuchu dostaw.
Sieci handlowe i dystrybutorzy coraz częściej wymagają od swoich dostawców dodatkowych badań oraz certyfikatów potwierdzających jakość produkcji. Rozwijają się także systemy produkcji integrowanej i ekologicznej oraz programy ukierunkowane na ograniczenie pozostałości środków ochrony roślin.
Oznacza to, że bezpieczeństwo żywności jest kontrolowane na wielu etapach – od produkcji, poprzez obrót, aż po moment, kiedy produkt trafia do sklepu.
Są kontrole i są wyniki
Maliszewski zwraca również uwagę na wyniki urzędowych kontroli owoców prowadzonych w Polsce. Jak wskazuje, Państwowa Inspekcja Ochrony Roślin i Nasiennictwa regularnie pobiera próbki i sprawdza owoce pod kątem pozostałości środków ochrony roślin.
W jego wystąpieniu pojawia się informacja o blisko tysiącu badań przeprowadzonych w poprzednim roku, obejmujących między innymi jabłka i truskawki – czyli owoce, wokół których szczególnie często pojawiają się internetowe zarzuty.
Według przedstawionych przez niego danych przypadki przekroczenia dopuszczalnych poziomów pozostałości stanowiły mniej niż 1 proc. badanych próbek. W przypadkach stwierdzenia niezgodności produkt może zostać wycofany z rynku.
To właśnie wyniki kontroli – a nie internetowe emocje – powinny być podstawą oceny bezpieczeństwa polskiej żywności.
Sadownik nie powinien być przedstawiany jako zagrożenie
Zdaniem Maliszewskiego problemem jest dziś nie tylko sama dezinformacja dotycząca owoców. Równie istotny jest sposób przedstawiania polskich sadowników.
Przez lata produkcja owoców wymagała od gospodarstw inwestowania w wiedzę, sprzęt, ochronę upraw, systemy monitorowania szkodników, dokumentację i certyfikację. Sadownik jest przedsiębiorcą, który odpowiada nie tylko za plon i jego opłacalność, ale również za jakość produktu trafiającego do konsumenta.
Tymczasem w części internetowych przekazów obraz ten zostaje sprowadzony do prostego i bardzo szkodliwego schematu: rolnik = chemia = zagrożenie.
Taki przekaz może mieć realne konsekwencje gospodarcze. Jeżeli konsument zacznie bać się polskich jabłek, truskawek czy innych owoców, problem nie pozostanie wyłącznie w internecie. Ostatecznie może przełożyć się na sprzedaż, ceny i sytuację całej branży.
Zamiast wojny w komentarzach – informacja
Dlatego apel Maliszewskiego skierowany do sadowników nie sprowadza się wyłącznie do krytyki osób publikujących kontrowersyjne materiały.
Chodzi przede wszystkim o zmianę sposobu reagowania.
Zamiast godzinami komentować posty osób straszących polską żywnością, warto wykorzystać własne kanały komunikacji. Pokazywać gospodarstwa, sposób prowadzenia ochrony, dokumentację zabiegów, badania, certyfikaty i codzienną pracę ludzi odpowiedzialnych za produkcję.
Nie trzeba wygrywać każdej internetowej kłótni. Znacznie ważniejsze jest budowanie zaufania konsumenta.
Każdy sadownik może zrobić to we własnym otoczeniu – powiedzieć znajomym, rodzinie czy klientom, jak naprawdę wygląda współczesna produkcja owoców. Pokazać, że bezpieczeństwo żywności nie jest dla producenta dodatkiem, ale jednym z podstawowych warunków prowadzenia gospodarstwa.
Polskie owoce potrzebują dziś przede wszystkim zaufania
Maliszewski zachęca więc, aby nie pozwolić, by pojedyncze sensacyjne przekazy budowały obraz całej polskiej branży sadowniczej.
Polskie owoce są produkowane w systemie, w którym obowiązują określone zasady stosowania środków ochrony roślin, wymagania dotyczące kwalifikacji użytkowników, obowiązek prowadzenia dokumentacji oraz kontrole urzędowe i handlowe.
Dlatego zamiast powielać przekazy o „trujących polskich owocach”, warto sięgać po informacje oparte na faktach i wynikach badań.
A samym sadownikom pozostaje przypomnieć rzecz pozornie oczywistą, ale w czasach mediów społecznościowych niezwykle ważną:
nie każde wyświetlenie jest warte zdobycia, nie każdy komentarz jest wart napisania, a nie każda internetowa prowokacja zasługuje na odpowiedź.
Jeżeli ktoś buduje popularność na strachu przed polską żywnością, nie trzeba mu w tym pomagać.
Znacznie więcej dla polskiego sadownictwa zrobi spokojne pokazanie prawdy o codziennej pracy gospodarstw, jakości owoców i systemie, który ma zapewnić konsumentowi bezpieczny produkt.
Jedzmy polskie owoce, informujmy o ich jakości i nie pozwólmy, aby internetowy populizm przesłonił rzeczywistość polskiego sadownictwa.



