Od niedoboru do nadmiaru — o jabłkach, których nikt już nie je
Na pożółkłych stronach „Informatora Ogrodniczego” z początku lat 80. widać dziś nie tylko statystyki, ale i emocje epoki. Mgr Sylwester Bielenin, pisząc o sytuacji z 1979 roku, nie martwił się nadprodukcją. Martwił się, że jabłek… zabraknie. W tamtym czasie zbiory co prawda rosły, a młode nasadzenia zapowiadały dalszy wzrost produkcji, lecz wahania podaży powodowały, że już pod koniec zimy świeżych owoców brakowało. Po „pozornej nadprodukcji” jesienią półki w lutym i marcu znów pustoszały. Lęk był realny — czy starczy jabłek dla wszystkich?
Dziś, pół wieku później, brzmi to jak opowieść z innego świata.
W artykule sprzed lat pada liczba, która miała mobilizować:
Polacy jedli wówczas około 40–45 kg owoców rocznie na osobę, a dietetycy przekonywali, że powinni jeść co najmniej 80 kg.
Owoce cytrusowe i banany były towarem deficytowym, więc ciężar miał spaść na produkcję krajową — na jabłka, śliwki, gruszki. W tamtym czasie krajowa produkcja miała dostarczyć 25–30 kg jabłek na mieszkańca. W wizji tamtych lat przyszłość była jasna: więcej sadów, więcej owoców, więcej zdrowia.
Nikt nie przewidział jednego — że największym problemem nie będzie produkcja, lecz… brak chętnych do jedzenia.
Dziś Polska produkuje około 4 miliony ton jabłek rocznie. Gdyby tę ilość podzielić wyłącznie między mieszkańców kraju, każdy Polak musiałby zjadać ponad 100 kilogramów jabłek rocznie. To liczba niewyobrażalna w czasach, gdy faktyczna konsumpcja spadła do około 10 kg na osobę. Co ciekawsze w latach 90. Polacy jedli nawet ponad 20 kg jabłek rocznie, więc spożycie spadało systematycznie. W kraju, który jest jednym z największych producentów jabłek na świecie, jabłko stało się owocem niemal zapomnianym.
Paradoks polega na tym, że z zagospodarowaniem produkcji jako takiej radzimy sobie świetnie. Eksport, koncentraty, przetwórstwo — polskie jabłko znalazło drogę na rynki świata. Problem jest gdzie indziej. Boli to, że przez 50 lat ktoś — a może wszyscy po trochu — pozwolili zniszczyć krajową kulturę jedzenia jabłek. Z owocu codziennego, oczywistego jak chleb, stał się produktem, który przegrywa z egzotycznymi przekąskami, słodyczami i wygodą.
Najbardziej uderza skrajność tej zmiany. W 1979 roku obawiano się, że jabłek będzie za mało. W 2026 roku — że nikt ich nie chce. Tamci martwili się o podaż, my powinniśmy martwić się o popyt. Oni liczyli kilogramy, których zabraknie. My liczymy tony, z którymi nie wiadomo co zrobić.
10 kilogramów jabłek rocznie na osobę w sadowniczej potędze to nie statystyka. To symbol. Symbol tego, jak w ciągu jednego pokolenia można utracić coś, co wydawało się nienaruszalne — nawyk, smak, codzienność.
I może właśnie dlatego stary artykuł z 1981 roku czyta się dziś jak reportaż z kraju, którego już nie ma. Z Polski, w której największym zmartwieniem było to, czy starczy jabłek dla wszystkich.





