Dyskusja o podatkach w rolnictwie regularnie wraca w debacie publicznej i zwykle sprowadza się do prostego hasła: „rolnik nie płaci PIT, więc jest uprzywilejowany”. Michał Kot, sadownik i właściciel firmy Grad System, postanowił odnieść się do tego argumentu bez emocji – z perspektywy kogoś, kto na co dzień prowadzi jednocześnie działalność gospodarczą i gospodarstwo rolne.
Dwa światy, dwa rodzaje ryzyka
Jak podkreśla Michał Kot, w działalności gospodarczej dochód jest relatywnie stabilny i przewidywalny. Kapitał ma postać maszyn, towarów czy środków trwałych – można go przechować, sprzedać później albo zmienić kierunek produkcji.
„Jeśli rynek chwilowo siada, mogę ograniczyć produkcję, zmienić kierunek albo po prostu poczekać” – zauważa.
Do tego dochodzą ubezpieczenia, które w razie zdarzeń losowych są w stanie chronić nie tylko majątek, ale także utracony przychód. W takim modelu podatek dochodowy ma sens, bo opiera się na czymś, co jest w dużej mierze powtarzalne i możliwe do zabezpieczenia.
W rolnictwie sytuacja wygląda zupełnie inaczej.
„Tutaj kapitałem jest żywy materiał – drzewa, rośliny, całe plantacje. Nie da się ‘zatrzymać produkcji’ ani odłożyć jej na rok” – pisze Kot.
Przymrozek, grad czy susza w kluczowym momencie mogą sprawić, że sprzedaż w danym sezonie spadnie do zera, mimo że wszystkie koszty zostały już poniesione. Tych strat nie da się „odrobić później” – jabłek nie sprzeda się za dwa lata, a skutki ekstremalnych zjawisk pogodowych często obciążają również kolejny sezon.
Ubezpieczenia i dopłaty – ograniczona tarcza
Choć ubezpieczenia w rolnictwie istnieją, ich rola jest ograniczona.
„One nie chronią dochodu. Pokrywają część strat w produkcji, często z limitami i wyłączeniami” – podkreśla sadownik.
Podobnie jest z dopłatami klęskowymi: są uznaniowe, spóźnione i zazwyczaj łagodzą tylko fragment strat, nie stabilizując realnie sytuacji finansowej gospodarstwa.
Konkurencja bez równych zasad
Dodatkowym problemem jest presja regulacyjna. Europejscy rolnicy funkcjonują pod stałą kontrolą środowiskową i jakościową, podczas gdy import spoza UE często nie podlega identycznym standardom, a mimo to konkuruje na tym samym rynku.
W kontekście otwierania rynku na tańszy towar z zewnątrz – m.in. w dyskusjach o Mercosur – coraz trudniej mówić o równych warunkach gry.
Brak PIT-u jako bufor, nie przywilej
W tym kontekście Michał Kot stawia jasną tezę:
„Brak podatku dochodowego w rolnictwie nie wygląda jak przywilej, tylko jak prowizoryczny bufor w systemie, który nie radzi sobie z ryzykiem klimatycznym, a jednocześnie dokłada rolnikom kolejne obowiązki”.
Jednocześnie nie twierdzi, że obecny model jest idealny. Wręcz przeciwnie – jego zdaniem to dobry moment na spokojną, łagodną reformę, która uwzględni realia produkcji rolnej, ryzyko i konkurencję rynkową, zamiast sprowadzać temat do prostego hasła „zero PIT = przywilej”.
Odpowiedzi na najczęstsze zarzuty
Sadownik odnosi się też do popularnych komentarzy:
- „Jak się nie opłaca, to się zamknij” – to nie jest problem jednej firmy, lecz bezpieczeństwa żywnościowego.
- „Rolnicy mają dopłaty” – dopłaty nie są dochodem, lecz elementem polityki rolnej, który nie gwarantuje zysku ani stabilności.
- „Firma płaci podatki, to rolnik też powinien” – różnica wynika z natury dochodu, a nie sympatii do branży.
- „Sprowadzajmy żywność z zagranicy” – import przenosi problem poza kraj i oznacza utratę kontroli nad standardami i bezpieczeństwem.
Na koniec Michał Kot zaznacza, że nie pisze tego, by kogokolwiek przekonywać na siłę.
„Raczej po to, żeby zamiast prostych etykiet spróbować porozmawiać o rozwiązaniach, które faktycznie będą miały ręce i nogi – zarówno dla rolników, jak i dla całej gospodarki”.
źródło: Facebook Michał Kot






