Nazywam się Izabela Kaczorowska i w 2026 roku mija dokładnie 10 lat, odkąd jestem zaangażowana w branżę sadowniczą. To wystarczająco długo, żeby nauczyć się jednego: w tej branży zawsze znajdzie się ktoś, kto potrafi obrócić nawet największy problem w żart. Tyle że dziś mam wrażenie, że to nie satyrycy są najzabawniejsi – tylko rzeczywistość.
Bo jeśli ktoś pyta mnie, gdzie dziś szukać najlepszego stand-upu, odpowiadam bez wahania: w cennikach jabłek.
W tym tygodniu rozmawiałam z sadownikiem z powiatu grójeckiego. Usłyszałam, jakie stawki zaproponowano mu za Szampiona i Red Prince’a. I przez chwilę naprawdę zastanawiałam się, czy to jeszcze echo prima aprilis, czy może ktoś zwyczajnie pomylił się przy wysyłaniu SMS-a (zapomniał dodać jedynkę z przodu przed przecinkiem). Problem w tym, że to nie był żart.
Z jednej strony słyszymy komunikaty o rekordowym eksporcie polskich jabłek. Z drugiej – wiemy, że owoców w tym sezonie jest mniej niż w latach „normalnych”. Logika podpowiadałaby więc jedno: mniejsza podaż, stabilny popyt – ceny powinny rosnąć. Tymczasem mamy sytuację odwrotną. Ceny jabłek są nie tylko niskie. One są – nie bójmy się tego słowa – krytyczne.
A teraz przypomnijmy sobie realia produkcji. Ostatni sezon? Intensywna ochrona, bo szkodniki – napędzane ciepłem – działały wyjątkowo agresywnie. Do tego przymrozki. Więcej zabiegów, więcej paliwa, więcej pracy. Ten sezon? Startujemy z jeszcze wyższymi kosztami: droższe paliwo, kolejne przymrozki, kolejne zabiegi, kolejne nakłady.
I w tym wszystkim jabłko… tanieje.
Dochodzi do absurdów, które trudno nazwać inaczej niż groteską. Jabłko deserowe – wymagające selekcji, ochrony, pracy – wyceniane jest na poziomie zbliżonym do przemysłu. Jeśli przemysł kosztuje około 60 groszy, a za deser (Szampiona) proponuje się 90 groszy przy kalibrze 65mm, to gdzie tu jest sens? Gdzie tu jest ekonomia? Gdzie tu jest jakikolwiek rachunek opłacalności?
Jeszcze większy paradoks dotyczy przechowywania. Sadownik, który zainwestował w energię, w chłodzenie, w utrzymanie jakości owocu przez kilka miesięcy, dziś dostaje mniej co jesienią. Innymi słowy: kara za cierpliwość i inwestycję.
I tak, można powiedzieć: „to firmy dyktują ceny”. Zgoda. Ale to tylko połowa prawdy. Druga połowa jest znacznie trudniejsza do przyjęcia. Bo ktoś te jabłka w tych cenach sprzedaje.
Jeśli ktoś oddaje Szampiona po 90 groszy, to ja naprawdę zaczynam się zastanawiać, czy w tej decyzji jest jakakolwiek kalkulacja. Rozumiem sytuacje podbramkowe: kredyty, zobowiązania, presję finansową. To są realne problemy. Ale jako środowisko doprowadziliśmy do momentu, w którym akceptujemy ceny poniżej kosztów produkcji – i to staje się normą. A to już nie jest problem rynku. To jest problem mentalności.
Bo jeśli godzimy się na to, żeby jabłko deserowe było wyceniane jak przemysłowe, to sami odbieramy sobie argumenty do jakiejkolwiek dyskusji. Sami deprecjonujemy swoją pracę. Sami obniżamy wartość produktu, który wymaga wiedzy, inwestycji i ogromnego zaangażowania.
Oczywiście – jakość ma znaczenie. Słabsze jabłko lepiej przeznaczyć na przemysł niż na siłę pchać w deser i jeszcze tracić na sortowaniu. Ale mówimy tu o sytuacji systemowej, nie jednostkowej. Bo dziś problem nie polega na tym, że ktoś ma słabszy towar. Problem polega na tym, że dobry towar również jest wyceniany źle.
Dlatego trzeba to powiedzieć jasno: przy obecnych kosztach produkcji jabłka powinny być droższe. I to nie „trochę”. Bo inaczej ten „stand-up”, który dziś oglądamy w cennikach, bardzo szybko zamieni się w dramat całej branży. A z dramatów – w przeciwieństwie do żartów – śmieje się już znacznie mniej osób.






