Odśnieżanie międzyrzędzi w sadach – pomoc czy zagrożenie dla młodych drzewek?
W ostatnich tygodniach w wielu sadach można było zaobserwować intensywne odśnieżanie przejazdów między rzędami drzew. Zjawisko wywołało sporą dyskusję wśród sadowników. Pytanie, które powraca najczęściej, brzmi: po co to robimy i czy rzeczywiście chronimy w ten sposób drzewa, zwłaszcza młode nasadzenia?
Odpowiedź nie jest jednoznaczna, ale wiele światła na ten temat rzucają zarówno doświadczenia praktyków, jak i… stare podręczniki akademickie.
Co mówi nauka sprzed lat?
W fragmencie klasycznego podręcznika sadowniczego z początku lat 80. Prof. Szczepan Pieniążek opisuje zjawiska uszkodzeń mrozowych pni i kory drzew owocowych. Zwraca uwagę na kilka kluczowych faktów:
-
Najczęstsze uszkodzenia mrozowe pnia nie wynikają bezpośrednio z niższej temperatury przy ziemi, lecz ze zwiększonego uwodnienia tkanek kory, szczególnie u podstawy pnia oraz w miejscach rozwidleń.
-
Długotrwałe zaleganie śniegu, zwłaszcza mokrego, powoduje silne uwodnienie kory. Taka kora traci odporność na mróz i łatwiej pęka.
-
Charakterystyczne jest to, że uszkodzenia często pojawiają się po zimach śnieżnych, nawet gdy minimalne temperatury nie spadają poniżej ekstremalnych wartości.
-
Zjawisko to było szczególnie obserwowane u młodych drzew i w nowo założonych sadach.
To bardzo ważny punkt odniesienia do dzisiejszej dyskusji.
Naturalna pokrywa śnieżna – dlaczego działa?
Wielu sadowników słusznie zauważa, że naturalna, nieprzemieszczona pokrywa śnieżna działa jak izolator. Nie sam śnieg chroni przed mrozem, lecz powietrze uwięzione pomiędzy jego kryształkami – dokładnie tak, jak w styropianie.
Problem pojawia się wtedy, gdy:
-
śnieg jest przemieszczany, zgarniany i ubijany,
-
trafia bezpośrednio pod pnie drzew,
-
tworzy zbity, wilgotny „dywan”.
W takiej sytuacji ilość powietrza w warstwie śniegu drastycznie maleje, a wilgoć utrzymująca się przy korze sprzyja uwodnieniu komórek, co – zgodnie z wiedzą podręcznikową – zwiększa ryzyko przemarzania, a nie je zmniejsza.
A co z argumentem o słońcu?
W komentarzach sadowników pojawia się również ważny wątek: nasłonecznienie pni. Rzeczywiście, zimą największym problemem bywają dobowe amplitudy temperatury – nagrzewanie kory w dzień i szybkie wychładzanie nocą. Śnieg ograniczający dostęp światła do pnia może w pewnych warunkach zmniejszyć to ryzyko.
Jednak znów – dotyczy to naturalnej, luźnej pokrywy, a nie sztucznie nagarnianego, mokrego śniegu, który długo przylega do kory.
Odśnieżanie międzyrzędzi – skutki uboczne
Odgarnięcie śniegu z międzyrzędzi może:
-
odsłonić glebę i spowodować głębsze przemarzanie systemu korzeniowego,
-
przesunąć śnieg w strefę pni, gdzie zwiększa się wilgotność i ryzyko uszkodzeń kory,
-
poprawić przejazd, logistykę i… samopoczucie operatora ciągnika – co też jest zrozumiałe, choć niekoniecznie agrotechniczne 😉.
Kiedy to ma sens?
Z historycznego i praktycznego punktu widzenia można przyjąć, że:
-
młode drzewka są najbardziej wrażliwe, ale jednocześnie najbardziej podatne na negatywne skutki uwodnienia kory,
-
nie każda zima jest taka sama – suchy, sypki śnieg zachowuje się inaczej niż mokry i ciężki,
-
działania „profilaktyczne” wykonywane rutynowo mogą w jednych warunkach pomóc, a w innych zaszkodzić.
Wnioski zamiast recepty
Stare podręczniki sadownicze, praktyka wielu doświadczonych sadowników i obserwacje z ostatnich lat prowadzą do jednego wniosku: sztuczne nagarnianie śniegu pod pnie nie jest jednoznacznie bezpieczną metodą ochrony przed mrozem, a w określonych warunkach może wręcz zwiększać ryzyko uszkodzeń. Naturalna, niezakłócona pokrywa śnieżna – owszem. Przemieszczanie, ubijanie i „ratowanie na siłę” – już niekoniecznie.
Jak zwykle w sadownictwie: więcej obserwacji, mniej automatyzmu. A zanim coś zrobimy „bo wszyscy robią”, warto zajrzeć do wiedzy, która – choć stara – wciąż bywa zaskakująco aktualna.






