w

Mirosław Maliszewski o strajkach…

Rolnicze protesty są stałym elementem życia publicznego. Ta branża ma stałe lub cykliczne problemy zarówno w krajach biednych (np. Indie), jak i dobrze rozwiniętych (np.Francja). Widok palonych opon na ulicach często im towarzyszy. Takie problemy dotykają od jakiegoś czasu polskie sadownictwo. Ich główną przyczyną w perspektywie kilku ostatnich lat jest bez wątpienia brak handlu z Rosją. Bądźmy pewni, że gdyby nie rosyjskie embargo, nawet w sezonie tak ogromnego urodzaju nie byłoby tak niskich cen za nasze jabłka.

Przypomina mi się bardzo mocno w pamięci sytuacja z jesieni 2014 roku, kiedy po kilkunastu tygodniach politycznej „wojenki z Rosją” rynek się załamał i ceny mocno spadły. Powstało wówczas pod siedzibą Premiera tzw. „Zielone miasteczko”, w którym protestowało kilkadziesiąt osób. Wiele osób pytało nas wówczas (Związek) dlaczego nas tam nie ma. Ta dyskusja przeniosła się też na posiedzenie Zarządu naszej organizacji. Wyraziłem wówczas zdanie, że naszą rolą- związku branżowego jest sformułowanie realnych postulatów, zrobienie własnej akcji protestacyjnej. Tak też się stało. Jednocześnie powiedziałem, że jeśli ktoś ma wolę i intencję przyłączenia się do „ zielonego miasteczka” niech w nim weźmie udział. Choćby w formule solidaryzowania się z innymi, którym dzieje się krzywda. Ja natomiast zajmę się wdrażaniem w życie naszych, sformułowanych w toku dyskusji postulatów. W tym czasie odbyłem kilka wyjazdów do Brukseli, różnych części świata (w tym do Rosji, Chin i na Białoruś) po to, żeby załatwiać nasze sprawy. Efektem naszych związkowych ( także innych organizacji) działań było załatwienie możliwości wycofania kilkuset tysięcy ton jabłek i innych owoców z rynku za rekompensatami idącymi w miliony Euro, otwarcie rynków zbytu dla polskich jabłek w kilku krajach świata, wzmocnienie działań promocyjnych, pomoc dla poszkodowanych, utrzymanie warunków i zasad zatrudniania cudzoziemców i….wielu innych. Teraz, po kilku latach mogę też powiedzieć, że efektem tych wyjazdów było też „ciche przyzwolenie” na eksport owoców przez Białoruś.

Z tego, co pamiętam, do „ zielonego miasteczka” nie przystąpił wówczas żaden z sadowników, w tym żaden z gorących orędowników tego pomysłu.

Latem tego roku, w tragicznej już wówczas sytuacji na rynku owoców i spodziewając się jeszcze jej pogorszenia znów zorganizowaliśmy protest. I znów z aktualnymi i realnymi postulatami. Dla przypomnienia oto one: skuteczne przeciwdziałanie domniemanej zmowie zakładów przetwórczych,
uruchomienie rekompensat dla gospodarstw, które straciły dochody wskutek niskich cen do hektara,
uruchomienie limitu 500 tys. ton jabłek na wycofanie do celów bioenergetycznych,
wdrożenie skutecznych wieloletnich umów kontraktacyjnych,
podjęcie działań celem przywrócenia handlu z Federacją Rosyjską,
uruchomienie systemu rekompensat do karczowania starych sadów i plantacji,
ułatwienia w zatrudnianiu cudzoziemców do prac w gospodarstwach

I znów do Warszawy przyjechało kilka tysięcy osób. I znów były różne głosy, a to że to niepotrzebne, a to że może zbyt mało ostre, a to zbyt delikatne. Po tym proteście wznowione zostały rozmowy o naszych pomysłach i postulatach. Pojawiła się interwencja Eskimosa, powstał zespół ds. wdrożenia umów kontraktacyjnych, prowadzimy kampanie promujące za granicą polskie jabłka (kampania w Egipcie to eksport „tylko” 30 tys. ton jabłek w lutym i dziś największy nasz zewnętrzny rynek zbytu), jesteśmy obecni z naszą ofertą na największych targach owocowych na świecie. Walczymy o uproszczenie zasad zatrudniania cudzoziemców, zmniejszenie opłat za pobór wody, wdrożenie systemu karczowania starych nieefektywnych, psujących rynek sadów i o wiele innych naszych spraw.

Podobnie jak w 2014 roku, tak i teraz pojawiają się głosy, że trzeba działać inaczej, bardziej zdecydowanie, wyjść na ulice, palić, wysypywać, blokować.

Ja, podobnie jak w feralnym 2014 roku, uważam, że drogi do celu mogą być rożne. Mimo mojej negatywnej oceny obecnego Ministra Rolnictwa i błędów, choćby „akcji Eskimos”, mimo częstego nas lekceważenia, odciągania w czasie wcześniej umówionych spotkań, obrażania i szkalowania, dialog z resortem prowadzić trzeba. Za kilka dni będę po raz kolejny miał okazję pokazać światu i Europie nasze problemy i prosić o pomoc, tym razem w Brukseli. To jest moja rola i rola branżowego Związku. Jednocześnie nikomu nie zabraniam i nie zniechęcam do uczestnictwa w protestach prowadzonych przez inne organizacje. Miejsc i form do wykazania swojej aktywności jest dużo. Ważne jest, aby cel był wspólny- poprawa sytuacji.

Jedno, co mnie w tym wszystkim smuci, to zdarzające się przeciwstawianie się jednej organizacji przeciwko drugiej, rolnika przeciwko rolnikowi, działacza przeciwko działaczowi. To do niczego dobrego nie prowadzi. Wróg nie jest wśród nas.

I chciałbym też uniknąć sytuacji, że Ci, którzy najbardziej dziś popierają bardziej spektakularne akcje niż te, które prowadzi dziś Związek Sadowników RP najczęściej siedzą w domu przyglądają się i tylko szyderczo recenzują innych.

Sytuacja jest na tyle tragiczna, że każdy ma możliwość wykazać się swoją aktywnością. Dlatego niech nikogo nie dziwi, że jedni jeżdżą na „pokojowe” spotkania do takiego, czy innego ministerstwa, a innych niech nie dziwią palone opony i wysypywane jabłka. Drogi do celu mogą być bowiem różne, a najlepiej jak są zbieżne.

 

Źródło:

Mirosław Maliszewski

Prezes Związku Sadowników RP

UDOSTĘPNIJ

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Jabłka na drodze, zadymiona Warszawa i korki w mieście – strajk AGROUNII

Czy truskawkę czeka los jabłek? -dr Janusz Andziak